O pospolitych rzeczach

2009/07/25, sobota

W trasie, patrząc z busa na Polskę. Tyle myśli kłębi się w głowie. Ledwo trzydzieści kilometrów przejechałem, a Ona już dzwoni. Mówiąc, że łzy przepełniły jej oczy i wylały się. A pomarańczowa linia już pewnie czeka, by powieźć mnie do mego pokoju na Wyspach. Już widzę to żółte, brudne światło nad głową, bijące z nieosłoniętej żarówki. Przede mną starsza pani rozmawia, a jakże by inaczej, o emigracji. Córka jest w Londynie. Kupiła jej bilet. Dziś leci. Pewnie więc ze mną.

W czasie postoju kupuję “Politykę”. Czytam o wielkiej zmianie. Bo niedługo będzie dwadzieścia lat jak upadł komunizm. A Polska dalej w przebudowie. Pomników tylko nie brak. No i cztery czołgi z poligonu ukradziono, żeby sprzedać na złomowisku.

Docieram na dworzec. Na rynku kupuję jeszcze tylko polskie dębowe szachy. A co mi tam. Pamiątkę z Polski trzeba mieć. A w szachy grać się nauczę. Przed odprawą ważę bagaż. 20,2 kg. Eh. Trochę za dużo. Te dwie polskie czekolady wsadzimy do podręcznego i gra. Karkówka zostaje. Kiełbasy, przysmaki wszelakie zostają. Będą się obijać o szachy, ale nic to. W kieszeni sprawdzam, czy mam drobne. Są. Jak za trzy miesiące przylecę tu znowu, muszę je mieć,  bo inaczej mnie kierowca MPK nie zabierze. Jest nawet trochę ponad stan, więc może ostatni żurek zjem? Ten polski osławiony żurek. Naprzeciwko baru witryna sklepu bezcłowego. Pierwsze półki wypełnia oczywiście żubrówka i wyborowa. Równie sławne jak żur i Chopin. W kolejce po bilet znowu te same teksty, dyskusje. Gdzie lepiej. Bo w Anglii to sąsiad ci tak nie zagląda przez płot. I tak dalej.

No i znowu tutaj. W jednym ze stu tysięcy jednakowych miast. Rano byłem wśród mych łąk, a teraz już widzę całą rodzinę przez skajpa. Lepsze to niż komunikacja za pomocą pocztowego znaczka. Jutro do pracy. Na gadu sprawdzam jeszcze co u znajomych. Rok po studiach, a trudno kogoś spotkać. Ten, co w Toruniu - chce do Norwegii; ci, co  akurat gdzieś na kontrakcie w Azji - do UK, my z UK - do Polski. Wszędzie czegoś brakuje, wszędzie coś nie tak. Marazm.

A tak przy okazji.  Gdzieś widziałem, że nas straconym pokoleniem nazwano. Dam ja mu stracone. My tu jeszcze wrócimy, nie zostawimy tego. Kazik się kłania. Lunch time. Kolejny raz spoglądam stąd na Polskę przez kabel. Przez niektóre polskie serwisy i fakty. A BBC world service przez cały dzień o masakrze na placu Tian’anmen nadawał. A o Wielkim Polskim Przełomie nic. Tak się też zdarzyło, że miałem prezentację o Polsce zrobić na kurs angielskiego w tym miesiącu. Zacząłem od tego, że Polska to  w Europie Środkowej leży, bo wielu ludzi spoza Europy (a może nie tylko, kto wie) myśli, że Poles muszą mieszkać gdzieś koło North Pole. Błąd. Ładne zdjęcia z Mazur też wrzuciłem. No i Krakowski Rynek - wiadomo. I hasło, że to  kraj, w którym rodziła się wolność. Ostatnio dość modne. Potem rozmawialiśmy o książkach. Tych starych, obszernych. Jakaś polska książka? “Chłopi”. Po angielsku to chyba “Peasants” będzie. Niech no sprawdzę w słowniku. Tak. Trafiłem.

Tłumaczenie angielskie? Oj chyba nie ma. Nie wiem.

A potem przyszły wybory do europarlamentu. Trzeba było jechać do Ambasady. Obserwowaliśmy wyniki, będziemy obserwować Polskę. Bo z krawędzi widać czasem coś innego niż od środka.

Radek, Wyspy

Jak to w Rumunii, cz. IX

2009/06/15, poniedziałek

Wielka polityka

Gigi Becali, zwany w Rumunii biznesmenem i politykiem, w świecie rozpoznawany jako właściciel klubu sportowego Steaua Bukareszt (choć formalnie nim już nie jest) dostał się do Parlamentu Europejskiego.

Gigi jest gwiazdą rumuńskich mediów, trudno znaleźć serwis informacyjny, w którym nie opowiadano by o tym, gdzie Gigi wypoczywał i jak się ubrał. Rumuni go uwielbiają, bo ma gest i dobre serce, wspiera potrzebujących (raz w miesiącu rzuca pieniądze w tłum żebraków pod swoim domem), finansuje budowę kościołów i domy dla powodzian. Z drugiej strony, jest oskarżony o porwanie. Kilka tygodni temu nakazał swoim ochroniarzom odzyskać skradziony samochód, a ci zrobili to z użyciem broni i bagażnika samochodowego, jak w najlepszych filmach gangsterskich. Teraz lokalny Al Capone ma problem - sąd właśnie zdecydował, że Gigi Becali, europoseł, nie może opuszczać Bukaresztu.

Z ciekawostek powyborczych - frekwencja podobna do polskiej, prawie 28 procent, wygrała koalicja socjaldemokratów (obecnie w Rumunii rządzą liberałowie), do parlamentu dostała się córka obecnego prezydenta kraju, podobno była modelka, a teraz kandydatka niezależna.

Obecnie w Rumunii trwa dyskusja na temat wizerunku kraju w świecie. Otóż na stronie internetowej BBC widnieją obrazki wyborcze z całej Europy, i tak np. Austrię reprezentują studenci, Niemców - mieszkańcy Bawarii w strojach ludowych, a Rumunię - stara Cyganka, oddająca kartę do głosowania.

Z ciekawego zabiegu wyborczego sprzed kilku lat zasłynął kandydat na burmistrza Bacau - obwiesił hasłami wyborczymi swojej partii wszystkie bezdomne psy w okolicy. - Psy chodzą po całym mieście i każdy może przeczytać moje przesłanie - zachwalał. Optymizmu polityka nie podzielili obrońcy praw zwierząt. Jedno ze stowarzyszeń ekologicznych uznało, że z powodu kubraczków psy w czasie upałów mogą dostać udaru.

Rozmawiałam o ostatnich wyborach z 30-latkiem z Bukaresztu, absolwentem politologii, który nigdy nie głosował w żadnych wyborach (twierdzi, że tak postępuje wielu jego kolegów). Nie mają swojego kandydata, a politykę uważają za bagno. Powiedział mi, że gdyby jednak musiał zagłosować, to byłby to Węgier (najbystrzejszy w rządzie polityk), albo Turek (najlepiej przygotowany). Nie Rumun.

Król Rumuński

Jedną z wielu oryginalnych historii, jakimi może się poszczycić Rumunia, a o których mało kto wie, jest fakt posiadania króla. Michał I, ostatni król Rumunii, pochodzący z dynastii Hohenzollern - Sigmaringen, żyje i ma się dobrze. Bywał królem (w wieku 6 i 19 lat) na krótko), a w 1947 pod naciskiem ZSRR abdykował i emigrował. Mówi się o nim, że jest na top liście najuboższych królów Europy.

Wrócił do kraju najpierw w 1992 roku, ale po entuzjastycznym przyjęciu przez obywateli, tłumnie witających go na ulicach, znowu dostał zakaz wjazdu na pięć lat. Gdy nowy prezydent Constantinescu przyznał Michałowi rumuńskie obywatelstwo (odebrane przez komunistów), ten na dobre powrócił do kraju.

I oczywiście wreszcie mógł zacząć walczyć o zagrabione dobra rodowe, m.in. wspaniałe pałace, które w czasach komunizmu pełniły funkcję zamkniętych rezydencji rządowych.

Przed trzema laty odzyskał np. bajeczny zamek w Sinaia (obecnie muzeum). To jedna z tych atrakcji Rumunii, która trzeba zobaczyć - zagubiony w lesie, eklektyczny w stylu, zamek pochodzący z XIX w., otoczony zawsze zaśnieżonymi szczytami gór Bucegi, z pierwszą w Rumunii salą kinową i malowidłami Klimta na ścianach.

A teraz trochę o romantycznej stronie władcy. W 1947 roku Michał I gościł w Londynie na ślubie królowej Elżbiety II i tam poznał księżniczkę Anną Burbon-Parmeńską, swoją przyszłą żonę. Mają razem 5 córek. Najstarsza z nich, księżniczka Małgorzata, wyszła za mąż za byłego aktora, Radu Dudę. I ten oto Książe jest obecnie jedynym oficjalnym kandydatem na urząd prezydenta Rumunii. Ma poparcie teścia. Na razie nie wyznaczono daty wyborów prezydenckich, które powinny odbyć się pod koniec bieżącego roku. Wiadomo, że obecny prezydent, Traian Basescu ma zamiar ubiegać się o reelekcję i prawdopodobnie będzie w wyborach faworytem. Popiera go około 70 % wyborców!

Polska a Rumunia

Skoro taki mi wyszedł odcinek polityczno - faktograficzny, to jeszcze kilka ciekawostek z naszej wspólnej historii. Czego może nie wiemy o Rumunii, co mogłoby nas zaskoczyć?

- Że tu w bitwie Pod Cecorą (wówczas księstwo Mołdawskie) w 1620 z połączonymi siłami turecko-tatarskimi zginął Hetman Wielki Koronny Stanisław Żółkiewski, a jego głowa nadziana na pikę została wysłana sułtanowi.

- Że kiedyś istniała granica polsko-rumuńska, tam gdzie ja ustanowił ją Kazimierz Wielki - inicjator rozszerzenia polski na wschód i utworzenia szlaku handlowego poprzez Rumunię do Konstantynopola. Także w okresie międzywojennym Polska i Rumunia były sąsiadami.

- Że gdyby nie waleczność rumuńskich książąt (w tym także tzw. Drakuli), którzy dziesiątki lat powstrzymywali przemarsz hordy tureckiej na północ, Polska mogłaby dziś być krajem muzułmańskim.

- Że na terenie dzisiejszej Bukowiny mieszkał Jakub Szela (zesłany tam za bunty chłopskie, otrzymał małe gospodarstwo i tam też dokonał żywota).

- Że w XVII wieku mołdawski kronikarz Miron Costin pisał po polsku (wcześniej studiował w Polsce), podarował nawet królowi Janowi III Sobieskiemu poemat Historyja polskimi rytmami o mołdawskiej ziemi i multańskiej (zapłacił za to życiem, jako zdrajca, on sam myślał zapewne, że korona polska zaprowadzi porządek na ziemi mołdawskiej i wołoskiej).

- Że Polaków i Rumunów łączyła, zwłaszcza w XIX wieku, wspólna walka o wyzwolenie się z niewoli. Byli nawet tacy, którzy planowali po odzyskaniu niepodległości przez Polskę i Rumunię utworzenie wspólnej republiki! Warto podkreślić, że Polska 127-letnia niewola wzbudzi śmiech u rumuńskich patriotów - ich walki o własne państwo zaczynają się już w II wieku n.e.

- Że od zawsze mieliśmy jednego wspólnego wroga - Rosję.

- Że po wybuchu II Wojny tu, w Narodowym Banku Rumunii, zdeponowano skarby narodowe (i zwrócono w 1947 roku).

- Że witrażysta z krakowskiego kościoła mariackiego znany nam jako Wit Stwosz urodził się w Siedmiogrodzie.

- Że twórczość polskiego romantyka, Mickiewicza, dawała impuls rumuńskim twórcom do napisania wielu podobnych dzieł, a sam Mickiewicz pojawia się na ustach walczących o wolność, szczególnie w chwilach nasilenia się ruchów rewolucyjnych.

Drugi ważny dla Rumnów polski pisarz to Sienkiewicz. W 1900 roku w Bukareszcie dwa dzienniki drukowały w odcinkach powieść “Quo vadis”. Dziś na pierwszym lepszym ulicznym stragananie można kupić rumuńskie wydanie książki.

- Że przez wiele stuleci (szczególnie w chwili wybuchu II Wojny Światowej) Rumunia dawała schronienie, oparcie i dach nad głową polskim intelektualistom, pisarzom, politykom, wojskowym, którzy mogli tu zakładać biblioteki, wydawać pisma, tworzyć towarzystwa przyjaźni polsko-rumuńskiej itp. Cały okres wojny spędziła w Rumunii Kazimiera Iłłakowiczówna, schronił się tu także na krótko Czesław Miłosz.

To historia. Dziś powiedziałabym, że Rumunię i Polskę łączą wspólne kompleksy wobec Europy, pobożność (przy czym tu dominuje prawosławie) i Dan Petrescu.

Przybrana Europa

2009/06/1, poniedziałek

Sala kinowa niczym wehikuł czasu przenosi podróżnych w inną rzeczywistość. Głębokie granatowe fotele łagodnie przybierają kształty siedzących w nich ciał. W oczekiwaniu na film, na gigantycznym ekranie przesuwają się obrazy streszczające historię założenia Unii Europejskiej 27 krajów: powstanie węgierskie w 1956, praska wiosna w 1968, strajk w Stoczni Gdańskiej, porozumienia sierpniowe…

Niektóre obrazy pozostają w pamięci na zawsze. Świeży śnieg pokrywał ulice białym płaszczem tamtej zimy, gdy wracali z nart. Wychodząc z dworca kolejowego, natknęli się na szaro-brunatne czołgi broniące dostępu do miasta. Pamiętnego grudnia 1981 noc zapadła na długo na wschód od Odry.

Od tamtej zimy dużo wody upłynęło w rzekach. Podróżnik przechadza się teraz ulicami innego miasta położonego nad Rodanem (Rhône) i Saoną (Saône).

Tłumaczenie myśli z francuskiego na polski, znalezienie odpowiedników niektórych nazw geograficznych wymaga od niego pewnego wysiłku. Kojarzy mu się to z kuciem w kamiennej tabliczce lub potykaniem się o stopnie schodów. Z czasem nieużywane słowa popadają w zapomnienie. Na szczęście można jej odnaleźć w innym języku.

Jakże zaskoczony wyraz miała twarz znajomego, gdy wypowiedział kilka zdań po francusku podczas jednego z pobytów w Polsce, nie zdając sobie z tego sprawy.

Minęło niespełna dwadzieścia lat od zburzenia muru berlińskiego, a świat jakby się znacznie zmniejszył.
Przedtem, wakacyjna podróż z Dolnego Śląska nad Bałtyk stawała się wielogodzinną wyprawą. Mieliśmy wrażenie, że żyjemy w rozległym kraju. Teraz porównujemy liczbę godzin, które trzeba będzie spędzić w samolocie. Azję szacuje się na około dwanaście. Australię dwa razy tyle.

Kiedy samolot ląduje w byłym mieście rodzinnym, podróżnik doznaje uczucia swojskości, które pogłębia się podczas spotykań z bliskimi ludźmi i ulubionymi miejscami. Uczucie jedyne w swoim rodzaju, związane z tym miastem i z niewieloma innymi polskimi zakątkami. Jest w tym szczypta domowości, oswojenia, posiadania.

Czas upływa, samolot odlatuje. Podróżnik wraca do przybranego miasta nad dwoma rzekami. Nie odnajdzie uczucia swojskości, ale cieplejsza zazwyczaj pogoda niż w tamtym kraju przywita go na lotnisku o futurystycznej architekturze w kształcie ptaka. Jak za każdym razem, trochę czasu zajmie mu przestawienie się na francuski. Bliscy będą robić grymasy, kiedy zapomni, że mówi po polsku. Tutejsza mimika jest pełna różnorodnych grymasów, a ich używanie w polskiej mowie dość zaskakujące. To nic, żyjemy przecież w globalnym świecie.

Jedno z pytań, które zadadzą znajomi, będzie dotyczyło jedzenia, które stanowi bardzo ważny element tutejszego majątku narodowego. Pomyśli wtedy z pewnego rodzaju nostalgią o barszczu z uszkami i makowcu swojej mamy, ale zachowa te potrawy dla siebie. Buraczna czerwień i makowa granulowatość zostały zapomniane w tutejszej kuchni. Ale “co kraj, to obyczaj”. No i po co się powtarzać, jeśli można odkrywać nowe horyzonty.

Kim jesteś, podróżniku? Niezdolny do zapuszczenia korzeni na nowo, beztroski obywatel Europy.

Anna Dorn, Lyon (Francja)

Żurek a duma narodowa

2009/05/15, piątek

Bardzo ciekawy artykuł Adama Szostkiewicza w Polityce (20/2705) “Dumka o dumie narodowej“. Pytanie brzmi: czy jesteś dumny, że jesteś Polakiem?

To pytanie jest moim zdaniem źle sformułowane. Dumnym można być przecież z czegoś, co osiągnęło się samemu. Ale z narodowości? Jak można być dumnym z czegoś, w gruncie rzeczy, przypadkowego? To pytanie powinno brzmieć inaczej: czy jesteś zadowolony z tego, że jesteś Polakiem?

Wtedy odpowiedź jest prosta. Tak. Oczywiście.

Wielu osobom prawdopodobnie dziwne wyda się takie stwierdzenie w ustach kogoś, kto zdecydował się na życie poza Polską - w dodatku mimo tego, że nic go do tego nie zmuszało. Tymczasem właśnie za granicą można tak naprawdę poczuć się Polakiem. A z tego, _jakim_ się jest Polakiem, właśnie można być dumnym.

Nasza polskość (czy może polakowatość?) nie objawia się w wywieszaniu flagi w święta narodowe czy obchodzeniu kolejnych rocznic, które w ogóle nas nie dotyczą. Polakowatość objawia się tak zwyczajnie, na codzień: w pokazywaniu innym tego, co w Polsce jest najfajniejsze.

Dumna jestem, kiedy mój kumpel z Kanady przynosi słoik żurku i woła od progu: “patrz, co kupiłem w supermarkecie!”. Dumna jestem, kiedy na uniwersyteckiej imprezie w Niemczech dwieście osób szaleje na parkiecie przy polskiej muzyce. Dumna jestem, kiedy znajomi wyrywają sobie książkę o Polsce, którą podarowałam im na urodziny. A flaga? No, nie mam. Kiedyś jedną zrobiliśmy, z ręcznika i pieluszki - jak był mecz Polska-Niemcy. Ale to tylko raz.

Jestem Polką, i choćbym chciała, nie da się temu zaprzeczyć. Polski język i polska kultura to zasadnicze części mojego życia. Można się ich wstydzić i wypierać, pewnie. Można też wziąć z nich to, co najlepsze, i tym się cieszyć. Czego i Wam życzę ;-)

Jak to w Rumunii - odsłona dziewiąta

2009/04/5, niedziela

Obywatel Rumun

Obiecałam ostatnio, że napiszę coś pozytywnego. A zatem muszę napisać o ludziach. O Rumunach. Podkreślam jednak - to są tylko i wyłącznie moje obserwacje, nie jestem socjologiem, a książki o rumuńskiej duszy nie zdążyłam jeszcze przeczytać.

Poznani przez mnie Rumuni kochają życie, kobiety i taniec. Lubią się zabawić, spotykać z przyjaciółmi, dobrze zjeść. Nie piją alkoholu w takich ilościach jak my (a już na pewno nie wódkę). W klubie potrafią się bawić bez upijania się, albo przy jednym drinku. Znajoma Rumunka opowiadała mi, jaki to był dla niej szok, gdy na imprezach w Polsce studenci upijali się do nieprzytomności. W Bukareszcie nikt nie potrzebował do zabawy procentów. Inny przykład: autobus pełen facetów w wieku około lat 30, pracowników jednej z firm, jadących na weekend firmowy, ale bez szefostwa. Pytają kierowcę czy ma w ofercie alkohol. Jest piwo. Kilku z nich kupuje po jednym piwku. Jadą 6 godzin autokarem, śpiewają, śmieją się, wygłupiają. Nie potrzebują żadnych dopalaczy.

Uwielbiają dzieci. Wciąż spotykam się z wyrazami życzliwości, gdy jestem z dzieckiem. Tu całkiem normalne jest zaczepianie obcych dzieci na ulicy, w sklepie, w autobusie, w metrze. Łaskotanie, głaskanie, dawanie czegoś do jedzenia, a nawet całowanie. Także ze strony mężczyzn! Sklepikarki i straganiarki podbiegają z jakimś drobiazgiem do zjedzenia, ochroniarze biorą dziecko na ręce i całują, sprzedawczynie sadzają je sobie na kolana, gdy kasują towar. Starsi panowie uchylają kapelusz i pozdrawiają z atencją małą dziewczynkę. Kelnerzy często bawią się z dziećmi i zabierają je do kuchni, aby rodzice mieli możliwość zjeść. Szczególnie ciepło są przyjmowane dzieci o jasnych włosach.

W pracy najogólniej mówiąc Rumuni nie są szczególnie słowni, kreatywni i odpowiedzialni, wolą rozmowy i budowanie dobrych relacji z kolegami. Lubią się dobrze ubrać (to szczególnie w Bukareszcie) i zaszpanować. W kinie widziałam dziewczyny wystrojone jak na wesele, w eleganckie sukienki i kopertowe torebki. Generalnie moda jest taka na błyszcząco, ozdobnie i kolorowo. Rzadko widać oryginalnych freaków na ulicy.

Młodzi Rumuni gazety czytają głownie w Internecie - w Rumunii nie ma żadnego tygodnika opinii o liczącym się nakładzie. Sprawami własnego kraju interesują się mało, nawet poznani przeze mnie absolwenci politologii uważają, że nie ma sensu głosować, bo polityka to bagno.

Hałaśliwi. Czasami tak głośno i aktywnie rozmawiają, że dla mnie brzmi to jak wielka awantura, a to zwykła międzysąsiedzka wymiana uprzejmości.

Niecierpliwi na drodze (Bukareszt!), temperamentni, egocentrycy, ale jednocześnie życzliwie wpuszczają kombinatorów z nieistniejących pasów ruchu i cierpliwie stoją w niekończących się korkach. Koleżanka wpuściła z jakiegoś pobocza dobry, drogi samochód. Nagle zorientowała się, że ten jedzie za nią aż na parking supermarketu. Kiedy ona już wyobrażała sobie, że to jakiś kryminalista, kierowca zatrzymał się i podziękował za jej uprzejme zachowanie sprzed kilku minut!

Pobożni (około 80 proc. Rumunów przyznaje się do prawosławia). Jednak kościół jest tu bliżej normalnych ludzi - pop w stroju służbowym spacerujący z żoną i dziećmi po mieście to zwyczajny widok. Tu się hojnie łoży na kościół. Studentki uważają, że poderwanie na zajęciach przyszłego popa to dobry interes. Chłopcy wybierając profesję duchownego wierzą, że to spokój na resztę życia.

Aborcji mówią tak (jest legalna). Kastracja psów wywołuje w nich moralny opór.

Rumuni są wrażliwi na krzywdę innych. Szczególnie zwierząt (ma być pozytywnie, więc o miłości do psów nie piszę). Żebrakom dają sowite datki. Nieraz widziałam przystojnych panów idących na imprezę, którzy babci na rogu dawali po 20 zł. Często też zwyczajni robotnicy podróżujący skodą wręczają kalekom żebrzącym na światłach po 5 zł.

Ogólnie mało przedsiębiorczy i niepozbierani, czekający na cud. Ale można to zinterpretować na ich korzyść - są łagodni z natury.

Gigi Becali

Kiedy piszę o Rumunach, muszę wspomnieć najsłynniejszego z nich (pomijam Drakulę, o nim może innym razem…). To Gigi Becali. Tym bardziej, że mam najświeższe informacje na jego temat - najbogatszy Rumun w czwartek 2 kwietnia został aresztowany. Wiem to na pewno, bo stałam wtedy w gigantycznym korku na Piperze, gdzie mieszka Gigi i gdzie w godzinach porannych policja okrążyła jego willę. Nie wiem natomiast, dlaczego zrobili to w największy poranny korek i dlaczego już w chwili aresztowania Gigi wszystkie stacje radiowe i TV oraz mieszkańcy Bukaresztu podawali tę wiadomość.

Gigi Becali uosabia amerykański mit od pucybuta do milionera. Jego rodzina zajmowała się pasaniem owiec i on sam w dzieciństwie tak pracował. Wskutek nieznanych okoliczności (handel ziemią prawdopodobnie) szybko się wzbogacił. Pod koniec lat 80. zgromadził pokaźna sumę dolarów i zainwestował w handel dżinsami z Turcji. Kupował ziemię i dobrze inwestował z modne dzielnice (m.in. osławiona Pipera). Formalnie nie jest już prezesem i głównym udziałowcem klubu piłkarskiego Steaua Bukareszt, ale kontroluje go przez podstawionych krewnych. Około 75 mln USD wydał tylko na darowizny dla kościołów w Rumunii i za granicą, sponsorując budowę (od zera) 23 świątyń. Raz w miesiącu na Piperę przybywają żebracy z całego miasta, bo Gigi rozdaje pieniądze. Za to właśnie kochają go Rumuni - jest bogaty, ale z biednej rodziny, zwyczajny, choć nadnaturalnie bogaty (od wielu lat w pierwszej setce najbogatszych ludzi Europy, w 2008 roku jego majątek szacowano na 3 100 mln), hojny i pobożny.

Jak każdy bogacz ma oczywiście swoje fanaberie. Na YouTube można znaleźć scenkę, kiedy Gigi nie może otworzyć swojego samochodu, więc zdenerwowany rozwala drzwiczki łomem. Albo inna legenda: Gigi zostawia pod knajpą otwarty samochód. I samochód zostaje skradziony. Nazajutrz media obiega wiadomość: Gigi wybaczy złodziejom, jeśli natychmiast zwrócą zgubę. Złodzieje oczywiście zwracają samochód, wypolerowany i z kwiatami na siedzeniu…

Kiedy kilka dni temu policja aresztowała Gigi za odebranie (własnego co prawda) samochodu z rąk złodziei, ale w nielegalny sposób, bukareszteńczycy protestowali na ulicach z transparentami “uwolnić Gigi”. Lokalny Al Capone okazał się nie być ponad prawem i moim zdaniem to dobra informacja dla Rumuni.

Uważaj o czym śnisz. cz. 2

2009/03/25, środa

Marzenie

Mauritius zapadł mi w serce już podczas pierwszej wizyty. Mark Twain chyba miał rację pisząc, że Bóg stworzył najpierw tę wyspę, a potem na niej wzorował raj. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, klimat rozpogadza, a jedzenie jest niezapomniane. Drugi raz pojechałam tam na kilka miesięcy, a po trzecim pobycie wyjeżdżałam z podwójnie złamanym sercem, bo koniec pewnego etapu w moim życiu oznaczał też brak możliwości pozostania tam na dłużej. Odkąd stamtąd wyjechałam, marzyłam o powrocie na wyspę.

Gdy moja pracodawczyni (od tej pory nazywana B.) skontaktowała się ze mną poraz pierwszy (nie starałam się o tę pracę, to ona znalazła mnie) opowiadała o tym, jak życie na Kajmanach przypomina płatny urlop. Zadurzona w Mauritiusie, na którym nie było mi dane zostać, nie musiałam się długo zastanawiać, szczególnie, że praca zapowiadała się ciekawie i na atrakcyjnych warunkach. Oczywiście podejmowałam ryzyko akceptując ofertę prywatnego pracodawcy, ale sądziłam, że skoro firma istnieje od 13 lat, to musi być instytucją o ustalonej reputacji i przestrzegającą pewnych zasad. Po raz pierwszy odrobiłam też zadanie domowe przed wyjazdem czytając sporo blogów, dowiadując się więcej o B. (jest tu naprawdę znana, pierwsza założyła tego rodzaju firmę, udziela się społecznie i można znaleźć o niej sporo w mediach) i podpisałam umowę z nieco wydłużonym, ale proporcjonalnym do czasu trwania umowy okresem próbnym. Spakowałam walizki i przeniosłam się na wyspę na oceanie sądząc, że oto właśnie spełnia się moje marzenie.

Rzeczywistość

Kajmany są terytorium zależnym Wielkiej Brytanii, nie przypominają jednak w niczym WB pewnie ze względu na bliskość Stanów. W wielu miejscach ceny podawane są w dolarach kajmańskich i amerykańskich. To dla turystów, których 80% przypływa tu ze Stanów na gigantycznych statkach rejsowych. Kablówka amerykańska, piwo głównie ze Stanów (niestety), Burger King, KFC, Hard Rock, benzyna sprzedawana w galonach i temperatura podawana w stopniach Fahrenheita.

Populacja liczy około 50 tysięcy osób, z czego ponad połowa to obcokrajowcy. Wśród nich najliczniejsza grupa to Jamajczycy, następnie Filipińczycy i Latynosi, a na końcu Anglosasi (WB, USA, Kanada) i Europejczycy. W większości są tutaj na wizach pozwoleniom na pracę. Po to by pracować.

Krótkotrwałe pozwolenia na pracę są wydawane administracyjnie, tj. przez wyznaczonych do tego urzędników. Roczne wizy są uzgadniane przez panel złożony z urzędników i lokalnych biznesmenów, którzy pobierają symboliczną tylko opłatę za wielogodzinne zebrania, w czasie których omawiane są podania i podejmowane decyzje. Ten sposób przyznawania pozwoleń na pracę ma zagwarantować, że na wyspę nie są sprowadzane osoby, które odbierałyby pracę tubylcom i wykluczyć korupcję(bo pojedynczego urzędnika łatwiej przekupić), ale mam wrażenie, że uczestnictwo biznesmenów w tym procesie stwarza potencjalny konflikt interesów, np. jeśli rozpatrują podania pracowników konkurencyjnej firmy. Porównuję tutejsze przepisy (pracowałam kilka lat jako urzędnik wizowy dla administracji kanadyjskiej) i zaskakuje mnie ich płynność, umożliwiająca podejmowanie subiektywnych decyzji, bez potrzeby ich uzasadniania.

Regulowanie przypływu ludności za pomocą pozwoleń na pracę, stanowi jedno ze źródeł finansowania tutejszej administracji i zastępuje dochody z podatków, których w raju podatkowym się nie płaci. Dlatego też opłaty są zróżnicowane według branży i stanowisk, i niektóre są astronomiczne - za work permit dla generalnego menadżera w bankowości bank musi zapłacić ponad 20 tysięcy dolarów.

Zadaniem administracji finansowanej z opłat za prawo do pracy, jest dbanie o dobrobyt Kajmańczyków - prawa obywatelskie rdzennej populacji wydają się chronione poprzez dyskryminację innych. Surowe przepisy utrudniają osiedlenie się nawet osobom, które spędziły tu wiele lat. Szczęśliwcy, którzy nabyli status rezydenta, muszą go co roku odnawiać, nie mogą dowolnie zmienić pracy i nie mają prawa do głosowania. Mimo, że to głównie obcokrajowcy pracują na dobrobyt gospodarczy wyspy, tolerowani są jako zło konieczne.

Reguły gry

Pozwolenia na pracę są dla niewykształconych i niewykwalifikowanych Kajmańczyków drażliwym tematem, który powraca szczególnie przed wyborami, czyli teraz. W lokalnej gazecie regularnie publikowane są listy od czytelników skarżących się, że nie mogą znaleźć pracy a na wyspę wciąż sprowadza się pracowników z zagranicy. Pomija się zwykle to, że w większości są to pracownicy o wysokich kwalifikacjach, których wśród Kajmańczyków nie można znaleźć.

Do gazet pisują też pracodawcy skarżąc się, że lokalni pracownicy często się spóźniają, biorą chorobowe, nie wypełniają powierzonych im zadań i ogólnie unikają wysiłku - etos nauki i pracy nie wydaje się tu istnieć. Tzw. pozytywna dyskryminacja uniemożliwia skuteczne zarządzanie personelem. Trudno się pozbyć niewydajnych pracowników, bo to dzięki ich obecności w firmie urząd wizowy patrzy łaskawszym okiem na podania o pozwolenia dla obcokrajowców. Nad innymi formami dyscyplinowania też należy się dobrze zastanowić - bo jeśli doniosą do urzędu wizowego, że zostali “skrzywdzeni”, to podanie o pracę osoby dyscyplinującej zostanie odrzucone przy najbliższej okazji.

Pozwolenie na pracę jest sponsorowane przez konkretnego pracodawcę, co jak każde narzędzie kontroli umożliwia nadużycia - nierzadko zdarza się, że pracownik chcąc tu pozostać musi zgodzić się na cięcia pensji, zmianę obowiązków, bezpłatne nadgodziny i inne niekorzystne zmiany w warunkach umowy. Zmiana pracy jest możliwa tylko za pisemną zgodą poprzedniego pracodawcy.

Tak więc Kajmańczyk, jako pracodawca i jako pracownik, ustala reguły i prawo jest zawsze po jego stronie.

Ciemna strona marzeń

Dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania jest to, że w sytuacji, w której się znalazłam jestem bezsilna i zdana na łaskę osoby, która ustala własne zasady gry.

Od zaakceptowania oferty do mojej przeprowadzki na Kajmany minęło pięć tygodni, w czasie których B. zatrudniła na moje miejsce kogoś innego. Nie poinformowała mnie o tym, bo wycofanie oferty pociągałoby konsekwencje prawne, a zwolnienie w okresie próbnym już nie.

Po miesiącu, w czasie którego nie zostałam nawet wdrożona w obowiązki opisane w kontrakcie, zwolniła mnie cytując brak pracy i przepraszając za tę niefortunną decyzję. Przeprosiny jako rekompensata? To za mało, ale umowa nie zobowiązuje B. do niczego innego. Oto nowe zastosowanie okresu próbnego - 30 dni na zmianę decyzji i zwrot towaru.

Gdy po trzech tygodniach (rekord!) znalazłam nową pracę, zaczęła zwlekać z wydaniem zgody na inne zatrudnienie, argumentując, że przecież nie ściągała mnie tutaj, żebym pracowała dla konkurencji. Gdy to piszę, moje losy wciąż się ważą, bo gdy dowiedziała się jaka firma złożyła mi ofertę zaczęła się zastanawiać czy przypadkiem znów mnie nie zatrudnić (i pewnie zwolnić, tym razem dyscyplinarnie, żebym nie miała wyjścia i musiała opuścić wyspę). Wszystko zależy od jej kaprysu.

Bardzo jestem ciekawa, jak się to wszystko skończy. Nie tracę nadziei, bo nawet tu w ciągu dwóch miesięcy poznałam życzliwych ludzi, którzy wspierają mnie jak mogą. Odradzają jednak odwoływanie się do jakichkolwiek instytucji ostrzegając, że byłaby to walka z wiatrakami. Wszyscy są obcokrajowcami i pogodzili się już z losem marionetek. Teraz moja kolej.

Odkąd wyjechałam z Mauritiusa marzyłam o życiu na wyspie. Ale to chyba nie ta wyspa, i zdecydowanie nie ten ocean.

***

P.S. Do zgryźliwców - gdyby się zastanawiali: niczym nie zasłużyłam sobie na to traktowanie, nie ma ono też nic wspólnego z moimi kompetencjami, B. postępuje tak wobec mnie dlatego, że może, bo nie trafiłam jej do serca. Jest z tego znana, ale “tylko” na wyspie. Pewnie dlatego rekrutuje głównie zagranicą.

Bardzo dziękuję za słowa otuchy pod poprzednim wpisem.

Wolnoć Tomku…

2009/03/16, poniedziałek

Tyle razy obiecywałam sobie, że nie będę czytać polskiej prasy, ale jednak coś człowieka ciągnie… Ciekawe, że tym razem poszło o rowery (w Krakowie). Münster jest miastem rowerów (pisałam już o tym) i, nie chwaląc się, na temat rowerów i ich funkcjonowania w mieście wiemy (prawie) wszystko ;) Czytam sobie Gazetę w Krakowie i widzę list nieszczęśliwego rowerzysty, który pisze takie oto słowa: “Kiedy mieszkałem w Krakowie, jeździłem codziennie do pracy na rowerze. Najwygodniej mi było jeździć skrótami, często po chodnikach, w niewielkim stopniu propagowałem rower jako środek transportu w Krakowie. Wiadomo, każdy jeździ w sposób najwygodniejszy dla siebie, zwłaszcza jeżdżąc ulicami starego miasta trudno przestrzegać wszystkich znaków drogowych, które dotyczą przede wszystkim samochodów.”

Kochany Rowerzysto. Bardzo lubię rowery, uważam, że jest to znakomity środek transportu i miasta powinny możliwie najbardziej ułatwić rowerzystom poruszanie się po drogach. Brak ścieżek rowerowych i całej rowerowej infrastruktury w Krakowie jest niezaprzeczalnym faktem i źle świadczy o polityce miasta. Zgoda. Pozwól sobie jednak powiedzieć, że to tacy rowerzyści jak Ty szkodzą najbardziej sławie jednośladów.
Mój punkt widzenia ślicznie ilustruje jedna rowerowa historyjka z Münster. Było lato, bodajże lipiec, około południa. Słońce w zenicie, 30° w cieniu. Jadę sobie ulicą na rowerze i zatrzymuje mnie patrol policji. “Nie ma pani świateł!” - mówi oskarżycielsko Pan Policjant i sięga po bloczek z mandatami.

Zgłupiałam wtedy trochę i zapytałam (idiotycznie), po co mi światła w lipcowe południe. Pan Policjant powiedział na to, że przepisy mówią, że rower ma mieć stałe źródło oświetlenia niezależne od baterii, a ja takowego nie posiadam. Zgadza się, nie posiadałam, miałam wtedy takie lampki przyczepiane na klik, których rzecz jasna w letnie południe nie miałam przy sobie! Tłumaczyłam mu, że przecież biały dzień, słońce, południe, jakie światła - nic. Od mandatu uratowało mnie tylko to, że złapali mnie 100 m od domu oraz że przysięgłam na wszystkie świętości, że jechałam tylko do sklepu po mleko i nie wybierałam się do miasta. Więcej już nigdy nie wyjechałam bez świateł!

Historie o zapłaconych mandatach litościwie pomijam. Oj, sporo kasy na to poszło.

Wniosek z tej historyjki płynie taki: nieważne, jak jest wygodnie, jak jest komu po drodze, jakich palantów nie spotykało by się na drodze - przepisy obowiązują wszystkich, Rowerzysto. Nie masz prawa wymagać od samochodów ani pieszych, żeby respektowali Twoją obecność na drodze, jeśli sam robisz co chcesz i łamiesz przepisy, bo “tak jest wygodniej”. Nie masz prawa wymagać, żeby ktoś ułatwiał Ci życie, jeśli sam masz w nosie przepisy, bo “tak jest wygodniej”. Żyj i daj żyć innym, trudno to celniej ująć.

Jak to w Rumunii - odsłona ósma

2009/03/7, sobota

Usługi

W Rumunii wszystko z grubsza można podzielić na ekskluzywne i siermiężne. Siermiężne są przydrożne bary (sami palacze, toalety z zimnymi kaloryferami i wodą, obrusy poplamione i zastawione plastikowym kwieciem), sklepy (miksy w stylu szwarc mydło i powidło), urzędy (cudownie sympatyczna pani na poczcie w Bukareszcie nie ma ani jednego zdrowego zęba!), przystanki autobusowe (nawet w Bukareszcie), hotele, w których właściciele wkurzają się na hałasujące dzieci, restauracje wrogo nastawione do klienta itp. itd.

Z drugiej strony gros usług adresowanych jest bezpośrednio do najzamożniejszego klienta i tu jakość trzeba płacić. Są sklepy dla dyplomatów i ekspatów, dentyści dla ekspatów, ośrodki sportowo-rekreacyjne za 3-10 tys. zł za rok, prywatne kliniki (zastrzyk przeciw grypie, bagatela, po 180 zł), arcydrogie usługi fryzjerskie i kosmetyczne, prywatni kierowcy w czarnych mercedesach zamiast niesłownych taksówkarzy, kluby otwarte tylko dla wybranych. A jak się nie chce płacić to jest… siermiężnie.

Basen

Jeszcze pół roku temu przedsięwzięłam plan: zapiszę się na basen. Dziś jestem w tym samym miejscu. Przeszukałam Internet, pytałam znajomych, sprawdzałam pobliskie ośrodki. Okazuje się, że w Rumunii basen kryty to miejsce dla wybrańców - połączone z sauną, fitness, spa, masażami i vipowskimi klubami. Żeby się tu dostać trzeba mieć poręczenie od członka klubu, albo mnóstwo wolnych pieniędzy na karnet całoroczny (albo jedno i drugie). Jednorazowo z ulicy wejść nie można. A jak już znalazłam basen, gdzie jednorazowo wejść można to cena dalej zwala z nóg - 70 zł za wejście w weekend i wieczorami, 40 zł w tygodniu przed 16.00.

Salon kosmetyczny

Znalazłam w pobliżu domu nowoczesny salon kosmetyczny. Nie najtańszy, ale blisko. Kilka prób dostania się na wizytę utwierdziła mnie w przekonaniu, że pod błyszcząca fasadą jest stara Rumunia, jaką znam…

Próba PIERWSZA: dzwonię umówić się na oczyszczanie twarzy. Recepcjonistka nie mówi po angielsku, oddaje słuchawkę koledze, miły człowiek zaprasza mnie na dzień następny na drugą. Przychodzę przed drugą i rejestruje zdziwione miny obsługi - nie ma mnie na liście oczekujących do gabinetu kosmetycznego, ale mogę sobie ściąć włosy!

Próba DRUGA: proszę zaprzyjaźnioną Rumunkę, aby zapisała mnie na zabieg kosmetyczny twarzy. Przychodzę - kosmetyczka mnie dziś nie przyjmie, albowiem nie ma jej w pracy (kłopoty rodzinne). Dlaczego nie zadzwonili? Nie wiadomo.

Próba TRZECIA: przychodzę do salonu, jest kosmetyczka! Oddycham z ulgą, moja sprawa radykalnie zmierza do szczęśliwego finału. Czekam cierpliwie piętnaście minut, pół godziny, 45 minut, zaczynam być zdenerwowana. Kosmetyczka bardzo mnie przeprasza, szef proponuje kawę i “odrobinę cierpliwości”… Po godzinie dostają się do gabinetu, a nawet dostaję zniżkę na usługi za to opóźnienie!

A teraz moja przygoda z manicure (w tym samym salonie).

Przychodzę, siadam, pani zaczyna manicure i w połowie pierwszej ręki… gaśnie światło. W tej części Bukaresztu to się zdarza - często. Niestety salon nie jest na to przygotowany. Nie mają generatora, mają za to zapachowe świece. Umówmy się jednak, że manicure potrzebuje solidnej żarówki. Masażystka w pokoju obok kontynuuje zabiegi, tylko ja muszę czekać. Jak długo? Nie wiadomo. Siedzimy więc sobie i wdychamy relaksujące opary świec. Wróciłabym do domu, ale całe osiedle tonie w ciemnościach, no i boję się dzikich psów wyjących pod oknem. Kosmetyczka ostrzegła mnie przed nimi na tyle sugestywnie, że aby wydostać się z gabinetu muszę wezwać posiłki…

Z drugiej strony standardowe wizyty u kosmetyczek łatwo zamazują się we wspomnieniach, a ja moje rumuńskie przygody zapamiętam na długie lata.

W pasmanterii

Chciałam kupić nici. Na głównej ulicy w Bukareszcie. W środku za ladą starsza pani i młodsza pani. Młodsza siedzi i płacze w głos, po prostu zalewa się łzami. Mimo wszystko próbuje dokonać zakupu. Wybieram interesujący mnie kolor, chcę płacić. Starsza pani nabija rachunek i mówi 30 zł. 30 zł za nici?! Jestem trochę zaskoczona ceną, więc chcę zrezygnować z dużej szpulki i wziąć mniejszą. Pani (ta starsza) zaczyna na mnie krzyczeć. Po rumuńsku. Tłumaczę, że nie rozumiem po rumuńsku, ale chcę inne nici. Młodsza przez łzy, z równym oburzeniem, krzyczy, że jak coś zostanie nabite na kasę fiskalną, to koniec - nie da się cofnąć. Takie jest prawo w Rumunii i jakby co można wezwać policję. Trwam w zdziwieniu, a panie machają mi paragonem przed nosem, zaczynam się ich naprawdę bać. Przyznaję, że gdyby mnie grzecznie poinformowały, że się nie da, wzięłabym te nici, ale jak ktoś na mnie krzyczy i płacze przy tym to włącza mi się przekora.

W końcu udało się wymienić nici, ale obelgi pani starszej i płacz młodszej słyszałam jeszcze długo za plecami?

W hotelu

Jesteśmy w uroczym rodzinnym hotelu w Dewie. Centrum miasta, przytulne pokoje, wszystko się zgadza z ofertą i jesteśmy mile zaskoczeni. Aż do śniadania dnia następnego. Nasz roczny, dość ruchliwy, synek wylewa przy śniadaniu trochę jogurtu na sofę i rozbija przy okazji mały talerzyk. Spłoszeni czyścimy sofę chusteczkami i oferujemy odszkodowanie za zbity talerzyk. Właścicielka podchodzi do nas z krzykiem (nic nie rozumiemy - krzyczy po rumuńsku), jakiś obecny przy zajściu klient pomaga nam się porozumieć. Tłumaczy, że nie chcą pieniędzy. Za parę godzin przy płaceniu za pobyt właścicielka informuje nas, że nasz syn zachował się skandalicznie, że w jej hotelu mają być przestrzegane jej reguły gry i jak się komuś nie podoba, to ma nie przyjeżdżać do niej! Na dodatek zrobiła kosztorys i jogurt na sofie oznacza konieczność wymiany wszystkich obić, co się zamknie w kwocie 10 tys. zł!

Nie był to jedyny hotel w Rumunii, gdzie doznaliśmy szoku.

Kiedy nocowaliśmy w pokoju bez ogrzewania (w zimie) w bardzo drogim hotelu (230 zł za pokój) poza Bukaresztem poinformowano nas w podobnym tonie, że instalacja się zepsuła (tylko w tym jednym pokoju), a innych wolnych łóżek nie ma i jak się nie podoba to droga wolna. A kiedy mój znajomy w innym hotelu zgłosił, że telewizor nie działa, recepcjonista obiecał, że jutro naprawi… Tylko że “jutro” znajomy wyjeżdżał…

Taksówkarz

Przy wyjściu z lotniska w Bukareszcie koczują taksówkarze-marzyciele. Za kurs wart w normalnych warunkach 20 zł marzy im się od turysty 150 zł.

Ostatnim razem trafiliśmy na kilku marzycieli, zanim zjawił się taksówkarz realista i obiecał nas dowieźć za 40 zł. Wydawał się miły tylko przez pierwsze 5 minut, Już przy pierwszych światłach zaczął narzekać (po rumuńsku), że ten kurs to właściwie zupełnie mu się nie opłaca. Przy jednej z dróg, gdzie był lekki korek z powodu remontu drogi (a trzeba wam wiedzieć, że droga ta jest remontowana od roku i wszyscy, szczególnie taksówkarze, o tym doskonale wiedzą) zaczął głośno wyklinac na drogowców i pytać ich przez uchylone okno dlaczego tu jest wieczny remont, że w takich warunkach jemu się nie opłaca pracować itd. W połowie drogi już zaczęliśmy się psychicznie przygotowywać na przedwczesne opuszczenie taksówki, bo cierpliwość naszego taksówkarza była na wykończeniu. Kiedy w rytm jego jęków, narzekań i przekleństw dojechaliśmy do celu pan absolutnie nie chciała się zgodzić na umówiona wcześniej kwotę, żądał dwa razy więcej. Kiedy daliśmy mu 50 zł do ręki drocząc się z nim, że chcemy resztę, pan taksówkarz odpalił silnik i po prostu zwiał…

Uważaj o czym śnisz, bo może się spełnić

2009/03/3, wtorek

Od pierwszego tygodnia w pracy słyszę różne historie o mojej pracodawczyni. Bynajmniej nie są one pochlebne. Jest kapryśna, nieprzewidywalna, uwielbia manipulacje i jest tutaj tak wpływowa, że nie musi się z nikim liczyć. Co rusz spotykam kogoś, kto przyjechał tu pracować dla niej, i albo sam się wyrwał, albo został zwolniony.

Przez pierwsze dwa tygodnie siedzę przy biurku M., która, jak powoli zaczyna do mnie docierać, została zatrudniona na to samo stanowisko co ja w czasie, gdy przygotowywałam się do przeprowadzki na Kajmany. Co jakiś czas mamy z szefową jakieś małe spięcia - jest mikromenedżerem i chciałaby, żeby wszystko było robione tak, jak ona sobie życzy. Instrukcje dotyczą nawet tego, w jaki sposób trzymać zszywacz spinając dokumenty. Czasem nie mogę się powstrzymać od przypomnienia jej, że mam już kilka lat pracy za sobą i wiem już jak obsługiwać podstawowy sprzęt biurowy. Gdy jestem w łazience albo rozmawiam przez telefon, wchodzi do pokoju i robi mi porządek na biurku albo zabiera do wglądu coś, co nie jest jeszcze gotowe, wprowadzając najczęściej chaos, bo po powrocie nie jestem w stanie znaleźć dokumentów, nad którymi pracowałam. Ma jeszcze inne irytujące zagrania, które są dla mnie kompletną nowością, ale gdy krew mnie zalewa, na ratunek przychodzą moi współpracownicy, dając mi (sprzeczne) porady - z jednej strony pozwolić jej na powymądrzanie się, z drugiej - nie dać się zdeptać, bo podobno każdego tak testuje.

Sprawy przyjmują jednak gorszy obrót, gdy M. wraca z urlopu. Zostaję oddelegowana do biurka na recepcji i z dnia na dzień moje obowiązki zredukowane są do odbierania i przełączania telefonów, witania klientów i odbierania poczty. Gdy wspominam, że bedąc z dala od pokoju, w którym załatwia się sprawy wizowe (to nimi przyjechałam się tu zajmować), niczego się nie nauczę, ona mrozi mnie wzrokiem i odpowiada, że jej zadaniem jest dbać o dobro firmy i w tej chwili to jest najwłaściwsza decyzja. Przyznam, że jako recepcjonistka jestem do kitu - nigdy się tym nie zajmowałam i nie mam do tego serca. Ale póki co cieszę się, że po długiej przerwie znów pracuję. Pocieszam się też myślą, że jestem najprawdopodobniej najlepiej opłacaną recepcjonistką na wyspie.

Przestrzegana przed M., która jest faworytką mojej pracodawczyni i podobno osobą przebiegłą i nieszczerą, wdaję się z nią w konwersacje początkowo lajtowe - o poszukiwaniu mieszkania, wyrabianiu prawa jazdy itd. M. na Kajmanach nie podoba się nic - często wyraża się źle o szefowej i o jej sposobie pracy, jakby próbowała coś ze mnie wyciągnąć. W końcu opowiada mi jak szefowa najpierw ją zwolniła po sześciu dniach, a potem zatrudniła z powrotem, przekazując jej moje przyszłe obowiązki. Zaczynam się martwić o nieobliczalność i brak profesjonalizmu ze strony mojej szefowej, która, co jest coraz widoczniejsze, i tak już za mną nie przepada. Mijają trzy tygodnie, a ja wciąż nie mam firmowego adresu e-mail, szefowa przewraca oczami, gdy jej odpowiadam, co więcej - podczas jakiejś banalnej rozmowy mówi, że zaskoczona jest, że tak szybko przywiozłam tu mojego kota (zamiast poczekać i zobaczyć jak sprawy się potoczą). Wówczas pomyślałam, że powiedziała to w kontekście moich trudności ze znalezieniem mieszkania, w którym można by było mieć zwierzątko. Ale wkrótce okazało się, że chodziło jednak o coś innego.

Cały styczeń chodziłam w pracy jak na szpilkach, tłumiłam w sobie myśl o niepokojących sygnałach wierząc, że przecież nie zwolni mnie po tym, jak ściągnęła mnie tu zza oceanu, i że gdy już da mi okazję popracować i pokazać co potrafię, to będzie zachwycona. W weekendy, spacerując po George Town i Siedmiomilowej Plaży myślałam: “Niech mnie ktoś uszczypnie, wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem, to musi być sen”.

Sen zamienił się w koszmar w pierwszy poniedziałek lutego, gdy szefowa wezwała mnie do gabinetu i oświadczyła, że niestety musi mnie zwolnić, bo przeliczyła się w grudniu zatrudniając zbyt wiele osób, a teraz (po miesiącu!) okazuje się, że nie ma wystarczająco dużo pracy dla mnie i dla M. Wiedziałam już wtedy, że w firmie jest na wypowiedzeniu ktoś, kogo z powodzeniem mogłabym zastąpić, ale fakt, że nawet nie wzięła tego pod uwagę pokazał jasno, że nie przypadłam jej do gustu jako osoba (i jako recepcjonistka). Bo przecież szansy popracowania w moim zawodzie przez ten miesiąc nie miałam.

Wspaniałomyślnie zaproponowała, że zapłaci za kota i za mnie i wyśle nas z powrotem tam, skąd przyjechaliśmy. A jeśli my nie chcemy wracać?

W nas cała nadzieja…

2009/02/26, czwartek

To dopiero początek roku, ale już znalazłem mocnego kandydata do mojego prywatnego rankingu “Emigracyjna Głupota Roku 2009″. Nominacja trafia dziś do portalu Onet.eu za artykuł “Chcemy polskiej rewolucji na Wyspach”.

Na stronie startowej wielki napis “Wyspy do poprawy”. Kto chce poprawiać? Oczywiście Polacy.

Autor tekstu zebrał niezadowolonych emigrantów, by wspólnymi siłami (”Kupą mości panowie, kupą!”) naprężyć mięśnie, paluszkiem pogrozić i nóżką z niezadowolenia tupnąć. Onet.eu przekonuje, że gospodarze tego kraju to chamy jakich mało. Na szczęście przyjechaliśmy my, Polacy. W nas cała nadzieja i przyszłość dla tej upadłej krainy.

“Co do poprawy, co do zmiany, czego Brytyjczycy mogliby się od nas nauczyć? Pracowitości, dbania o rodzinę, oszczędności i większej higieny, zwłaszcza miejsc publicznych. Tego waszym zdaniem mieszkańcy Wysp mogliby się nauczyć od Polaków. Problem jednak w tym, że Brytyjczycy wcale nie garną się do nauki” - informuje ze smutkiem Onet.eu.

Skandal! My, kryształowi i pod każdym względem wyjątkowi Polacy niesiemy kaganek oświaty, a oni bezczelnie odwracają się plecami! I to we własnym kraju! To się nie mieści w głowie!

Onet.eu przekonuje, że “lista życzeń” skierowanych do mieszkańców Wielkiej Brytanii, jest naprawdę długa. “Zacznijmy od rodziny. - Jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie i relacje rodzinne to są to pola do dyskusji - uważa Joanna. - Jest tu mnóstwo starych samotnych ludzi, którymi nie zajmuje się rodzina, tylko raczej patrzą w stronę państwa, jeśli trzeba im pomocy. Bardzo wielka samotność, siedzą całymi dniami w tych małych bunkierkach, patrząc w telewizor i pięć razy na dzień karmiąc kota. Tak latami czekają na śmierć” - dodaje.

W Polsce taka sytuacja jest oczywiście nie do pomyślenia. Po pierwsze w naszym kraju w ogóle nie ma ludzi samotnych. Po drugie nie ma także małych bunkierków (Polacy, jak wszyscy wiemy, mieszkają wyłącznie w luksusowych willach). O karmieniu kotów nie ma co nawet wspominać, bo polscy emeryci mają tyle pieniędzy, że większość z nich utrzymuje prywatne ogrody zoologiczne.

Autor tekstu, ustami zniesmaczonych emigrantów przekonuje ponadto, że Brytyjczycy: “nawet nie interesują się rozwojem rodzinnym”, “raczej nie zapraszają do swoich domów”, “marnują swój czas, a przede wszystkim pieniądze”, “mają problemy z higieną”. Oczywiście to nie wszystko. Polak oczy ma dobre (przepraszam: najlepsze) to i wszystko zobaczy. A jak już zobaczy, to i powie (wiadomo: jesteśmy najbardziej szczerzy).

Brytyjczycy muszą więc zmienić (trzeba było jeszcze dopisać: bo w przeciwnym razie się obrazimy i wyjedziemy!): jedzenie (”raczej niedobre i niezdrowe”), pogodę (”wiosna jest w Polsce przepiękna”), służbę zdrowia (”strach przed otruciem, złą diagnozą”), a także system miar (”nie można tak ciągle operować w tych swoich archaicznych miarach”). Królowa Elżbieta II może odetchnąć z ulgą - Onet.eu (póki co) nie domaga się zniesienia Korony.

“Wyspy do poprawy” są wzorcowym wręcz przykładem polskiej megalomanii, a przy okazji nieudolną próbą leczenia narodowych kompleksów. Szkoda tylko, że w swojej oświeceniowej krucjacie autor zapomniał o pewnym subtelnym szczególe: większość z nas jest tu dlatego, że Brytyjczycy dali nam taką możliwość. Zaproszono nas i stworzono warunki, byśmy mogli nie tylko pracować, ale także godnie żyć. I to bez kompleksów…

TataOliwki, Londyn

Rozwiązanie idealne

2009/02/8, niedziela

Zima jest w tym roku dosyć wymagająca. Temperatura często spada poniżej zera, pada śnieg. W kraju poniekąd górzystym, w którym przynajmniej historycznie rzecz biorąc śnieg zwykle pada, nie powinno być to wielkim zaskoczeniem, ale pozostaje faktem, że warunki atmosferyczne są w tym sezonie ciężkie. Lotnisko Barajas w Madrycie miało nawet swoje pięć minut w europejskiej prasie, dzięki niesłychanemu bałaganowi, jaki wyczarowało z półtoracentymetrowej warstwy śniegu. Ale są też dobre strony. Po niecałym miesiącu okazuje się, że hiszpańskie służby miejskie opanowały do perfekcji techniki stosowane w swoim czasie przez warszawską policję.

W Warszawie, w okolicach stadionu Legii, czyli blisko Sejmu, tuż przed ważnymi meczami na drzwiach klatek schodowych pojawiały się ogłoszenia. Nie pamiętam dokładnie ich treści, ale przekaz był jasny: Obywatelu, chroń się sam. Schowaj samochód, zamknij drzwi, zarygluj sklepy, wyjmij szyby z okien. Mecz to przecież kibice, kibice to również wandale, a policja, wiadomo, nie może sama zająć się wszystkim. Trzeba jej trochę pomóc.

Z odśnieżaniem dróg w Hiszpanii jest podobnie. W niecały miesiąc po żenującej awanturze z lotniskiem, szukaniem winnych i obwinianiem się nawzajem, Hiszpanie wzięli przykład z Warszawiaków. Obywatelu, pada śnieg, najlepiej nie wychodź z domu, nie bierz samochodu, unikaj obwodnic w Madrycie. Co włączam telewizję, słyszę to samo. Dziennikarze nie przestają nam przypominać, że najlepszym rozwiązaniem na śnieg, jest zaryglowanie się w domu.

Rozwiązanie wydaje się idealne. Rzeczywiście, jak dobrze pomyśleć, lepiej siedzieć w domu przed telewizorem, niż tkwić w wielogodzinnym korku pod Madrytem, na nieodśnieżonych autostradach.  A służby miejskie nie muszą niczego odśnieżać. Nikt nie będzie winny ani skompromitowany. Nie trzeba się będzie potem doszukiwać drugiego dna ani politycznego znaczenia faktu, że prognoza pogody dotarła za późno na biurko burmistrza albo że śnieżyca w ciągu nocy zmieniła kierunek.

Być może jest jakaś ogólnoeuropejska platforma wymiany doświadczeń. Coś w rodzaju dzielenia się najlepszymi praktykami w służbach publicznych. A jeśli nie ma, dobrze byłoby ją stworzyć. Przecież to idealne rozwiązanie można by z powodzeniem przenieść na inne dziedziny życia publicznego.

Banki już od dawna oferują nam za darmo usługi, które musimy wykonywać sami. To jest naprawdę fenomenalne jak w bankowości internetowej nie płacimy za na przykład przelewy, które wykonujemy sami, nieprawdaż?

Na przykład szkoły mogłyby zlecić edukację uczniów rodzicom. System sam nie daje rady. A rodzice, tak zajęci pracą zawodową, czemu nie mieli ze swojej strony zostawić wychowania dzieci w rękach szkoły?

Pomysły nasuwają się same. Chociażby system służby zdrowia. Zawsze przeciążony, zadłużony i tonący w problemach. Gdybyśmy tak zaczęli leczyć się sami i przestali zawracać głowę lekarzom? Prawdę mówiąc, w mojej przychodni zaczęto już coś takiego nieśmiało wprowadzać . Kiedy byłam tam ostatni raz, recepcjonista spytał wyraźnie zdegustowany:

- Czemu przychodzisz do lekarza dyżurnego?
- Sprawa jest dosyć pilna.
- Ale byłaś  już na pogotowiu w weekend.
- No właśnie, w weekend, a dzisiaj jest poniedziałek i czuję się gorzej.
- Nie szkodzi. Następnym razem jak będziesz na pogotowiu, nie przychodź potem do swojego lekarza na dyżur, tylko w normalnych godzinach pracy.
- Och, oczywiście, następnym razem poproszę o wizytę na kolejne millenium, albo lepiej na następne życie, kiedy już wyzdrowieję i będzie po wszystkim, a hiszpański system opieki zdrowotnej nie będzie musiał angażować się w moje leczenie.

Chyba nie zrozumiał. Nabazgrał tylko na moim skierowaniu wielkimi czerwonymi literami, WIZYTA NA DZIŚ, NIE PILNA.

Witamy na Karaibach

2009/01/7, środa

Lądujemy po ponad 12-godzinnym locie. Bałam się, jak go zniosę, ale okazało się, że przy rozrywce, jaką British Airways oferuje na pokładzie, lot i tak nie był wystarczająco długi, by całkowicie nadrobić kinowe zaległości. Interesujących filmów w repertuarze było mnóstwo.

Obok mnie siedziała Niemka, ale nie pogadałyśmy, bo na dzień przed wylotem zupełnie straciłam głos. Wspominam o niej, bo moja ulubiona ciotka z Poznania czasem opowiada a to o narzeczonym, którego poznała w pociągu, a to o chłopaku, z którym jechała dalekobieżnym autobusem… Ja wiem, że czasy były inne, a ona była wyjątkowo piękną kobietą. Ale ja się pytam, czemu mnie nigdy nic takiego się nie przydarzyło?! Tyle, co ja się nalatałam do Pekinu, do Londynu, do Hongkongu i na Mauritius… i nigdy nawet szansy na jakąś historię. Nawet podczas lotu z Londynu na Kajmany obok mnie siada Niemka. Żeby chociaż Niemiec… ale nie, Niemka.

Choć muszę przyznać, że przez cały lot nadskakiwał mi bardzo miło wyglądający steward, któremu zapadłam w serce, gdy tylko mnie usłyszał. “I like your voice” -  powiedział. “What voice?” - zripostowałam i… już był mój. Nie, żeby mnie to uchroniło od głodu. Dawniej chyba częściej nas karmili na takich długich trasach.

Przylatuję, lotnisko jest malutkie i pojedyncza toaleta dla pań jest tego dowodem (a ja próbuję zmieścić się w niej z moim monstrualnym bagażem podręcznym). W końcu moja kolej do odprawy. Bardzo sympatyczna celniczka pyta, czy chcę od razu zaliczyć test z angielskiego, co jest warunkiem uzyskania pozwolenia na pracę. Zgadzam się, o ile będzie to egzamin pisemny. Robię banalnie łatwy test, i… potykam się przy pytaniu, jaki dziś dzień. Gdy wyleciałam, była sobota ? mówię, a ona z troską kręci głową. Przypominam sobie, że jest wtorek. Cały grudzień byłam w rozjazdach, dobrze, że wiem jak się nazywam. “Nie pracuję od kilku miesięcy, więc w zasadzie każdy dzień to sobota, bo następny dzień po niej też jest wolny”. Zaliczam test, zostaję poinstruowana, jak mam wyleczyć przeziębienie rumem i udaję się po resztę bagażu. Odbiera mnie przyszła koleżanka z pracy, Debbie, i zawozi do mieszkania wynajętego przez firmę. Jutro Sylwester.

Pojawiam się w pracy późno - radzono mi w ogóle nie przychodzić, jeśli nie poczuję się lepiej. Przyszłam na piechotę, i całą drogę wściekałam się, że znów jestem jedynym pieszym w miejscu, gdzie nie ma nawet chodników. Wszyscy trąbią. Obawiam się, że to na mnie. Po konsultacji z ludźmi z pracy dowiaduję się, że to niewykluczone, aczkolwiek najczęściej jest to sposób na podziękowanie innemu kierowcy.

Widzę, że moja szefowa zatrudnia międzynarodowy tłumek, zróżnicowany i niebrzydki. Ja jak zwykle muszę zrobić z siebie widowisko, z tym moim niesłyszalnym głosem. Zapraszają mnie na Sylwestra, ale że kaszlę non stop rezygnuję ze wszystkiego i idę spać. Przesypiam noworoczną północ po raz pierwszy od co najmniej osiemnastu lat. Jaki rok, taki Sylwester.

W Nowy Rok postanawiam połazić po George Town. W porcie nie ma nikogo. Wszyscy chyba odsypiają. Idę po chodniku i nagle słyszę, że ktoś woła “Anieska, Anieska”. Przez moment zastanawiam się, czy mam już omamy słuchowe, ale odwracam się, a to pani celniczka zatrzymała samochód przy krawężniku, żeby zapytać jak się czuję. Hm, ktoś mnie rozpoznał! A ja nawet nie wiem, jak ona ma na imię!

Częścią atrakcji w byciu ekspatem (nie czuję się emigrantką, nigdy nie wyjeżdżałam, żeby zarabiać, ale dlatego, że w Patrii nie mogłam się odnaleźć) jest oszałamiająca wręcz wolność, jaka idzie ręka w rękę z anonimowością. Na tej wyspie mieszka około pięćdziesięciu tysięcy ludzi - i podobno wszyscy mniej więcej się znają. Na razie jestem spragniona życia towarzyskiego, ale ciekawe, czy w końcu nie zacznie mi to przeszkadzać. Jeśli jeszcze raz wpadnę na panią celniczkę, umówię się z nią na kawę. Dobrze jest przecież mieć znajomych poza miejscem pracy.

Ostatnia moja uwaga jest o ludziach tutaj - pełen mix, bardzo mi się podoba, do tej pory natknęłam się tylko na przyjaznych i sympatycznych. Ci, co mają w bród słońca, już tacy są. Dziś znajoma z Polski zapytała mnie na GG:”A ludzie są jacy, ciemni czy normalni?” Nie wiedziałam, jak odpowiedzieć, kieruję się zupełnie innymi kategoriami. Pomyślałam tylko w duchu: Bye, bye Poland.

Pozdrawiam

Agnieszka Skrzypczak

George Town, Grand Cayman

El Lituano

2009/01/6, wtorek

“Bandy latynoskie” to jeden z ulubionych przez media tematów, dotyczących imigracji i integracji w Hiszpanii. Problem pojawił się parę lat temu, wraz z przypadkami morderstw, które miały być efektem starć pomiędzy konkurującymi grupami. “Bandy działają na terenie Hiszpanii! - krzyczały nagłówki, a opinia publiczna z niedowierzaniem słuchała o nastolatkach, zorganizowanych w “pododdziały”, “królestwa” i “brygady”. Nastolatkach nieakceptujących norm kraju, w którym ich przyjęto, niezdrowo dumnych ze swej odmienności i praktykujących przemoc. Korzenie tego zjawiska sięgają ulic Chicago i Nowego Jorku. To właśnie tam, w latach 30-tych i 40-tych XX wieku, powstawały pierwsze grupy tworzone głównie przez młodzież pochodzenia portorykańskiego i meksykańskiego, które z czasem odróżniać zaczęła ideologia budowana wokół latynoamerykańskiej tożsamości ich członków. Na przestrzeni dziesięcioleci grupy te ewoluowały, by w niektórych przypadkach przekształcić się w struktury ściśle zhierarchizowane, niekiedy o charakterze gangsterskim. Do Hiszpanii bandy miały dotrzeć pod koniec lat 90-tych, wraz z imigrantami południowo-amerykańskimi, a konkretniej - wraz z ich dziećmi.

Latin Kings, Las Ńetas, DDP… Przekaz medialny szybko wyprodukował całą serię prac etno-dziennikarskich, które starały się opisać zwyczaje, praktyki i “sekretne kody” poszczególnych grup. Określono, jak ubierają się ich członkowie (jak raperzy) i rysowano nowe geografie miejskie, ilustrujące, które place i skwery w Barcelonie czy w Madrycie “okupują” poszczególne bandy. Dostało się nie tylko młodzieży latynoskiej, ale i jej rodzicom, którzy pracując na kila etatów, okazali się być niezdolni do upilnowania swych pociech.

Badania nad młodzieżą latynoską, przeprowadzone na zamówienie władz regionalnych w 2006 roku w Barcelonie, ukazały znacznie bardziej zróżnicowany obraz owych band. W pracy, która powstała jako efekt badań (C. Feixa i in. Jóvenes “latinos” en Barcelona, espacio público y cultura urbana, Barcelona 2007) stwierdzono między innymi, że:

  1. “Bandy” w Hiszpanii nie mają charakteru stricte przestępczego, choć bywa, że ich członkowie angażują się w działania przestępcze,
  2. Zasięg realnej przynależności do “band” wśród młodzieży latynoskiej w Hiszpanii jest marginalny,
  3. Przynależność do “bandy” w rozumieniu młodzieży odnosi się często wyłącznie do sfery identyfikacyjnej, to znaczy, młodzież często mówi, że należy do bandy, choć formalnie do niej nie należy (nie płaci składek, ani nie przeszła prób inicjacyjnych),
  4. 4. Pojedyncze “bandy” funkcjonują na zasadzie grup koleżeńskich, które opierają swe działania na wspólnym spędzaniu wolnego czasu

EDVUKAS

O bandach piszę pracę magisterską i rozmawiam dużo z Edvukasem, zwanym el Lituano. Edvukas ma 16 lat i od czterech mieszka w Hiszpanii. Spodnie z niskim krokiem, raperskie koszulki i gadżety, rozbujany sposób chodzenia. Obowiązkowa czapeczka z daszkiem, a czasem nawet czarna chusta pod czapeczką  - atrybut kojarzący się jednoznacznie  z młodzieżą pochodzenia latynoskiego. Edvukas zna paru chłopaków z Latins, i choć sam nigdy do bandy nie przystąpił, uważa, że fenomen jest raczej pozytywny; w bandzie dba się o tradycję, można znaleźć wsparcie, a w razie kłopotów - pomoc.  El Lituano poznałam, gdy jako specjalista od break dance’u uczył tańczyć do muzyki hip-hopowej starsze panie z dzielnicowego Domu Kultury.

Historia Edvukasa: dzieciństwo w małym miasteczku na Litwie; fabryka tekstyliów, którą zamknęli zwalniając między innymi ojca Lituano; drugi mąż matki, który pił i bił, i niewiele więcej pracował niż ten pierwszy. Przekazywane przez starszych wspomnienia o złotych czasach radzieckich. Matka Lituano zostawiła go z dziadkami i pojechała do Hiszpanii. Dlaczego akurat do Hiszpanii pozostaje niejasne, nie znała tam nikogo (”U nas wszyscy wyjeżdżą do Wielkiej Brytanii, ale moja mama nie znosi Wielkiej Brytanii”). Edvukas ma pewne podejrzenia, że najbardziej zainspirowały ją telenowele latynoamerykańskie (”Podobał jej się język i wszystko”). Matka Lituano do Hiszpanii jechała schowana na pace ciężarówki i cudem nie stała się ofiarą handlu żywym towarem. W końcu schronienie znalazła w jednym z madryckich oddziałów Czerwonego Krzyża. Potem było łatwiej, najpierw pracowała rozdając ulotki, potem sprzątając kasyno,  potem w chińskim sklepie w stylu “wszystko za grosz”. Po drodze związała się z pewnym Ekwadorczykiem, który znowu pił i bił.

Edvukas przyjechał wraz z wujkiem autobusem, gdy jej życie było już ułożone. Na początku, wiadomo, nie rozumiał nic. Potem, kiedy poszedł do szkoły, szybko znalazł przyjaciół. Do dziś najlepsi koledzy Lituano to Latynosi: Ekwadorczycy, Kolumbijczycy, Dominikańczycy…  Edvukasowi podoba się, że w Hiszpanii  nie pije się tyle, co na Litwie. I że jest dużo bezpieczniej. Uważa też, że tutejsze bandy są lepsze od tych z jego rodzinnego miasta (”Tam nie ma czegoś takiego jak bandy latynoskie, tylko pełno kolesi, którzy golą sobie głowy jak skinheadzi, a nawet nie są skinheadami.”)
Ostatnio spytałam Edvukasa, czy czuje się bardziej Litwinem czy Hiszpanem, czy po prostu Litwinem mieszkającym w Hiszpanii. Opowiedział bez wahania: “Ja się czuję Latynosem. Czuję, że mam to we krwi.”

Zastanawiam się nad ogromnym potencjałem tej młodzieży, nad ogromną atrakcyjnością jej wizerunku, która wymyka się wszelkim opiniom medialnym.

Germanizacja

2008/12/3, środa

Co jakiś czas w polskich mediach pojawiają się budzące grozę doniesienia o niemieckich Jugendamtach (urzędach do spraw młodzieży) terroryzujących Polaków w Niemczech. Chodzi szczególnie o mieszane małżeństwa, którym rzekomo zabrania się “kontaktowania z dziećmi w języku polskim”. Doniesienia te zwykle mijają się z prawdą (jeszcze nigdy nie czytałam naprawdę rzetelnego tekstu na ten temat!). “Fakty”, na które się powołują, przedstawiają obraz, którego nie umiem pojąć. Mimo, że mieszkam w Niemczech już ponad dziesięć lat.

Urzędnicy, którzy często muszą podjąć trudną decyzję o rozdzieleniu rodziny, o przyznaniu opieki nad dziećmi któremuś z rodziców, czy choćby o przyznaniu zasiłku, chcą rozmawiać ze wszystkimi zainteresowanymi w języku, który rozumieją, i który jest językiem urzędowym. Wstrząsające teksty zazwyczaj nie dają odpowiedzi, na mocy jakiego prawa ktokolwiek mógłby zabronić rozmawiać rodzicom z dziećmi tak, jak chcą? Jak takie prawo miałoby być egzekwowane? I przez kogo?

Może warto się w tej sytuacji zastanowić nad zwyczajną kulturą w relacjach międzyludzkich. Kiedy jestem z dzieckiem w towarzystwie osób, które nie rozumieją języka polskiego, rozmowa toczy się po niemiecku - jest to dla mnie oczywiste. Nieważne, czy jest to urząd, kolejka w sklepie, czy impreza u nas w domu. Nie postrzegam tego jako przejawu germanizacji, tylko jako zwykłą uprzejmość wobec ludzi, w towarzystwie których przebywam. Zupełnie oczywiste jest dla mnie również to, że moje dzieci, urodzone i dorastające w Niemczech, muszą sprawnie posługiwać się językiem niemieckim.

Oczywiście nie twierdzę, że Jugendamt to święta instytucja, która nigdy nie popełnia błędów. Prawdopodobnie sporne sytuacje można było lepiej rozwiązać. Jeśli któreś z rodziców ma problemy z niemieckim, powinien mieć do dyspozycji tłumacza. Niemniej, mówienie o “germanizacji” i dyskryminacji to, moim zdaniem, gruba przesada.
Krytykom “germanizujących” urzędników polecam wyobrażenie sobie analogicznej sytuacji w Polsce: urzędnikowi z Urzędu Miasta rodzic oświadcza, że będzie rozmawiał tylko po niemiecku, bo ma do tego prawo, a zabranianie mu tego jest dyskryminacją i “polonizacją”. Fajnie?

Jak to w Rumunii - odsłona siódma

2008/11/17, poniedziałek

Pijak

Mieszkam w Bukareszcie prawie rok, ale jeszcze nie widziałam pijanego człowieka na ulicy. Aż zdarzyło się! Pojechaliśmy na weekend do Sibiu, uroczego miasteczka w sercu Transylwanii, Europejskiej Stolicy Kultury w 2007 roku. Piękna pogoda, siedzimy w restauracji na ryneczku, wokół tłum spacerowiczów. Nagle na ryneczek wkracza wielki, pijany chłop. Zatacza się, przewraca kosz na śmieci, potem leży z 15 minut, próbując się pozbierać. Jego narzeczona z siatką w jednej i miednicą w drugiej ręce, nogą usiłuje postawić kosz do pionu. W końcu się poddaje.. Mężczyzna wstaje i rusza na nas  - gości spożywających obiad w ogródku restauracji. Zatacza się, bełkocze do kobiet, wodzi wzrokiem po ludziach. W końcu prosimy kelnera o pomoc. Kelner mówi coś do niezupełnie trzeźwego i śmieje się do niego przyjaźnie. W końcu pijak przewraca jakieś krzesło i wdaje się w przepychankę z jednym z klientów. Sprawa dojrzała do tego, aby wezwać szefa. Z podziemi wychodzi szef, starszy pan, i zaczyna dyskutować z pijakiem. Niestety nie wiemy, co sobie mówią, ale pijak się nie poddaje i zaczyna krzyczeć: chcę zamówić wino, dajcie mi wino (tyle rozumiemy po rumuńsku). Pojawia się policjant. Szef restauracji krzyczy na niego, żeby coś zrobił. Policjant podchodzi do pijaka od tyłu i mówi kulturalnie “Dzień dobry panu” (tyle rozumiemy). Pijak dalej krzyczy, policjant przez krótkofalówkę wzywa posiłki!

Upływają kolejne minuty, w których pijak chwieje się pomiędzy stolikami i woła o wino, a policjant stoi. Nam już dawno opadła szczęka.

W końcu podbiega trzech kolejnych policjantów (w tym jedna kobieta) i delikatnie wyprowadzają pijaka poza stoliki. Zakładają mu kajdanki i prowadzą do radiowozu, który w tym czasie zdążył podjechać na rynek z kolejnymi dwoma policjantami w środku. Ładują pijaka i odjeżdżają w nieznanym kierunku. Zwracam Państwa uwagę na statystykę - w kulminacyjnym momencie akcji sprawę pijaka obsługiwało sześcioro policjantów. Teraz chyba rozumiecie, że Rumunia to bardzo bezpieczny kraj i trudno tu dostrzec przestępstwo z prawdziwego zdarzenia. Gdyby na ulicy pojawił się kibol z pałką, zostałby otoczony przez brygadę antyterrorystyczną z użyciem helikoptera…

Zwierzaki

Sporo się pisze i mówi o psach w Rumunii. Według mnie stanowią poważny problem. Ale są i inne czworonożne kłopoty… Np. wczoraj na Piperze (Bukareszt) cudem uniknęłam czołowego zderzenia z… koniem. Galopował środkiem ulicy pomiędzy domkami. Nie wiem, czy był dziki czy oswojony. Ale kilka miesięcy temu w tej samej okolicy galopujący koń omal nie staranował mojej koleżanki. W każdym razie konie pasące się wzdłuż drogi to w Rumunii częsty widok.

W górach mają natomiast kłopot z misiami. Nie widziałam ich (na szczęście), ale słyszałam legendy o misiach chodzących po mieście, goniących rowerzystów, wyjadających smakołyki ze śmietników (Braszow  - stolica niedźwiadków). W Rumunii żyje ponad 5 tysięcy tych stworzeń, więc opowieści o bliskich spotkaniach nie dziwią.

Kilka miesięcy temu prasa opisywała nieszczęśliwe zdarzenie z Braszowa - turysta (prawdopodobnie w stanie wskazującym) zasnął pod kolejką górską i misie nadgryzły go… śmiertelnie. Oto kilka newsów z misiem w roli głównej:

1. “Niemiec spał z dwoma kolegami w namiocie w masywie górskim Bucegi, w pobliżu kurortu Pucioasa. Nagle pojawił się niedźwiedź i rozdarł materiał namiotu, najprawdopodobniej szukając pożywienia. Zwierzę poraniło mężczyznę w ucho, ramiona, biodra i plecy”. (2008).

2. “Mężczyzna został zabity przez niedźwiedzia około 500 metrów od centrum miasta Braszow w Rumunii - podały w piątek miejscowe władze. Niedźwiedź poturbował 25-letniego mężczyznę w alejce parku, a następnie zaciągnął jego ciało do pobliskiego lasu. Zwłoki znalazł w piątek rano mężczyzna spacerujący z psem.” (2008)

3. “Rozjuszona niedźwiedzica zaatakowała w sobotę wieczorem w rumuńskich Karpatach Południowych grupę sześciorga amerykańskich turystów, zabijając 31-letnią kobietę oraz ciężko raniąc jej męża i jeszcze jedną osobę - podały rumuńskie media.” (2007).

4. “Czwórka wędrowców - dwoje dorosłych i dwójka dzieci - została zmuszona do ucieczki na dach restauracji w obawie przed agresywnym niedźwiedziem. Incydent miał miejsce w rumuńskiej miejscowości Tampa w Karpatach. Ludzie spędzili na dachu restauracji wiele godzin, ponieważ tyle trwało przepędzanie misia przez myśliwych.” (2006)

Psy raz jeszcze

Są wprawione w zdobywaniu środków do życia. Żebrząc osiągają nawet lepsze efekty niż ludzie. Kto się wybiera do baru na świeżym powietrzu, musi się liczyć z towarzystwem psiej sfory pod stołem, która mokrymi oczami wodzi za każdym ruchem naszej ręki. Czasem pies bardziej nachalnie trąca nas nosem. Rzadko szczeka. Obsługa na ogół przepędza psy ścierką, szczególnie, gdy widzi klientów obcokrajowców. Swoi zdążyli się oswoić z psim towarzystwem.

Na parkingach przed monastyrami hordy psów wyspecjalizowanych w żebrach otaczają podjeżdżający samochód i gapią się wyczekująco. Odprowadzają pod bramy kościoła, koczują pod samochodem do powrotu właściciela.

Turystów raczej nie atakują. Walczą miedzy sobą o wpływy. Nie znam się na psiej psychologii, ale nawet dla mnie jest jasne, że panuje tu ścisła hierarchia w podchodzeniu do klienta i żłobu (przywódcy i karmiące matki mają pierwszeństwo). Psy spoza paczki nie mogą żerować na cudzym terenie, od razu sfora psów  - posiadaczy terenu przepędza konkurencję.

Wieczorem, przy jednej z restauracji na otwartym powietrzu słyszeliśmy półgodzinne ujadanie i gonienie stada psów, to była prawdziwa wojna. Klienci bali się wyjść na zewnątrz. Ale z jakiegoś powodu właściciele restauracji nic nie robią z psim problemem. Jak to w Rumunii…

Gdy spaceruję z koleżanką na sąsiednie osiedle, odprowadza nas kilka psów “mieszkających” w naszej okolicy. Uważają mnie za swojaka. Niestety psy “sąsiady” mają swoje zasady i obcych nie tolerują. Głośnym ujadaniem dają znak, że nie życzą sobie odwiedzin. Nieproszeni goście kulą się w kącie śmietnika otoczeni przez groźna sforę. Czasami wracają pokrwawieni. Ale nie przestają nas odprowadzać - widocznie obronę “swoich” ludzi uważają za sprawę honorową. Nie znam się na psiej filozofii. Ale chyba za to właśnie Rumuni kochają dzikie psy?

Domki

Typowe wiejskie domki to właściwie chatynki, altanki, domki dla krasnoludków. Maleństwa te mieściły na ogół wieloosobowe rodziny i naprawdę trzeba mieć wielka wyobraźnię, żeby to pomieścić w głowie :-)

Wszystkie wybudowane na miniaturowych parcelach, często odgrodzone od świata girlandami winnych krzewów.

Chatki na Piperze, czyli w Bukareszcie są tak ciasno pobudowane, że czasami sąsiadów dzieli ledwie metr. Garaż często sklecony jest z odpadów po budowie domu. Płot stary, rozpadający się, domek chyli się ku ziemi, ale pod domkiem zaparkowany nowy mercedes…

Beata z Bukaresztu