Uważaj o czym śnisz, bo może się spełnić

Od pierwszego tygodnia w pracy słyszę różne historie o mojej pracodawczyni. Bynajmniej nie są one pochlebne. Jest kapryśna, nieprzewidywalna, uwielbia manipulacje i jest tutaj tak wpływowa, że nie musi się z nikim liczyć. Co rusz spotykam kogoś, kto przyjechał tu pracować dla niej, i albo sam się wyrwał, albo został zwolniony.

Przez pierwsze dwa tygodnie siedzę przy biurku M., która, jak powoli zaczyna do mnie docierać, została zatrudniona na to samo stanowisko co ja w czasie, gdy przygotowywałam się do przeprowadzki na Kajmany. Co jakiś czas mamy z szefową jakieś małe spięcia - jest mikromenedżerem i chciałaby, żeby wszystko było robione tak, jak ona sobie życzy. Instrukcje dotyczą nawet tego, w jaki sposób trzymać zszywacz spinając dokumenty. Czasem nie mogę się powstrzymać od przypomnienia jej, że mam już kilka lat pracy za sobą i wiem już jak obsługiwać podstawowy sprzęt biurowy. Gdy jestem w łazience albo rozmawiam przez telefon, wchodzi do pokoju i robi mi porządek na biurku albo zabiera do wglądu coś, co nie jest jeszcze gotowe, wprowadzając najczęściej chaos, bo po powrocie nie jestem w stanie znaleźć dokumentów, nad którymi pracowałam. Ma jeszcze inne irytujące zagrania, które są dla mnie kompletną nowością, ale gdy krew mnie zalewa, na ratunek przychodzą moi współpracownicy, dając mi (sprzeczne) porady - z jednej strony pozwolić jej na powymądrzanie się, z drugiej - nie dać się zdeptać, bo podobno każdego tak testuje.

Sprawy przyjmują jednak gorszy obrót, gdy M. wraca z urlopu. Zostaję oddelegowana do biurka na recepcji i z dnia na dzień moje obowiązki zredukowane są do odbierania i przełączania telefonów, witania klientów i odbierania poczty. Gdy wspominam, że bedąc z dala od pokoju, w którym załatwia się sprawy wizowe (to nimi przyjechałam się tu zajmować), niczego się nie nauczę, ona mrozi mnie wzrokiem i odpowiada, że jej zadaniem jest dbać o dobro firmy i w tej chwili to jest najwłaściwsza decyzja. Przyznam, że jako recepcjonistka jestem do kitu - nigdy się tym nie zajmowałam i nie mam do tego serca. Ale póki co cieszę się, że po długiej przerwie znów pracuję. Pocieszam się też myślą, że jestem najprawdopodobniej najlepiej opłacaną recepcjonistką na wyspie.

Przestrzegana przed M., która jest faworytką mojej pracodawczyni i podobno osobą przebiegłą i nieszczerą, wdaję się z nią w konwersacje początkowo lajtowe - o poszukiwaniu mieszkania, wyrabianiu prawa jazdy itd. M. na Kajmanach nie podoba się nic - często wyraża się źle o szefowej i o jej sposobie pracy, jakby próbowała coś ze mnie wyciągnąć. W końcu opowiada mi jak szefowa najpierw ją zwolniła po sześciu dniach, a potem zatrudniła z powrotem, przekazując jej moje przyszłe obowiązki. Zaczynam się martwić o nieobliczalność i brak profesjonalizmu ze strony mojej szefowej, która, co jest coraz widoczniejsze, i tak już za mną nie przepada. Mijają trzy tygodnie, a ja wciąż nie mam firmowego adresu e-mail, szefowa przewraca oczami, gdy jej odpowiadam, co więcej - podczas jakiejś banalnej rozmowy mówi, że zaskoczona jest, że tak szybko przywiozłam tu mojego kota (zamiast poczekać i zobaczyć jak sprawy się potoczą). Wówczas pomyślałam, że powiedziała to w kontekście moich trudności ze znalezieniem mieszkania, w którym można by było mieć zwierzątko. Ale wkrótce okazało się, że chodziło jednak o coś innego.

Cały styczeń chodziłam w pracy jak na szpilkach, tłumiłam w sobie myśl o niepokojących sygnałach wierząc, że przecież nie zwolni mnie po tym, jak ściągnęła mnie tu zza oceanu, i że gdy już da mi okazję popracować i pokazać co potrafię, to będzie zachwycona. W weekendy, spacerując po George Town i Siedmiomilowej Plaży myślałam: “Niech mnie ktoś uszczypnie, wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jestem, to musi być sen”.

Sen zamienił się w koszmar w pierwszy poniedziałek lutego, gdy szefowa wezwała mnie do gabinetu i oświadczyła, że niestety musi mnie zwolnić, bo przeliczyła się w grudniu zatrudniając zbyt wiele osób, a teraz (po miesiącu!) okazuje się, że nie ma wystarczająco dużo pracy dla mnie i dla M. Wiedziałam już wtedy, że w firmie jest na wypowiedzeniu ktoś, kogo z powodzeniem mogłabym zastąpić, ale fakt, że nawet nie wzięła tego pod uwagę pokazał jasno, że nie przypadłam jej do gustu jako osoba (i jako recepcjonistka). Bo przecież szansy popracowania w moim zawodzie przez ten miesiąc nie miałam.

Wspaniałomyślnie zaproponowała, że zapłaci za kota i za mnie i wyśle nas z powrotem tam, skąd przyjechaliśmy. A jeśli my nie chcemy wracać?

Wpis “Uważaj o czym śnisz, bo może się spełnić” skomentowano 20 razy

  1. MarcFloyd pisze:

    Dziewczyno,

    Wspolczuje ci. Ale nie daj sie - po prostu poszukaj dookola, moze uda Ci sie znalezc cokolwiek na chwile a pozniej znowu zaczniesz pracowac w swoim zawodzie.
    Powodzenia!

  2. Patrycja pisze:

    wydaje mi się że dobrze że to się już skończyło, myślę że po tak krótkim czasie szybko się pozbierasz. Moja tragedja trwała 2 i pół roku - suma sumarum, ja i moja koleżanka z pracy zostałyśmy wykończone psychicznie - przez gierki i manipulacje managera (pan w średnim wieku).
    Jednym słowek prawie nas wykończył, jak się potem okazało miałproblemy psychiczne, ale odziwoo nadal pracuje jako manager.

    Pozdrawiam, głowa do góry -najważniejsze to się ceniec i by sobą.

  3. Magda Weiner pisze:

    Ale swoją drogą, ciekawa lekcja. Nie chcę być niedelikatna, ale czy pojechałaś bez podpisanej umowy? Czy też to było na drodze normalnego wypowiedzenia?
    Marc ma rację, nie poddawaj się, jak Ci się tam podoba :-) Powodzenia!

  4. Magda Weiner pisze:

    Patrycja: summa summarum.

  5. Ania pisze:

    Miałam bardzo podobne doświadczenia na Jamajce.
    Mam nadzieję, że wkrótce znajdziesz nową pracę.

  6. Jan Książka pisze:

    Magda, dlaczego poprawilas pisownie suma sumarum? Pozdrawiam :)

  7. Magda Weiner pisze:

    Jan: bo jestem filologiem i tłumaczem i nie znoszę, jak ktoś robi błędy w łacinie. Nie jest obowiązkowa, ale jak już używać, to poprawnie… :)

  8. maly pisze:

    tak to jest jak sie wypisuje nieprawdziwe rzeczy w CV -i tak wszystko wyjdzie w praniu, dlatego mamy tak zwany okres probny, podczas ktorego wypowiedzenie moze byc bardzo krotkie. Powinnas byc wdzieczna za to, ze twoja szefowa chce zaplacic za samolot za ciebie i kota.

  9. Ania Ready pisze:

    Agnieszko,

    Wcale nie zdziwilabym sie, gdyby Twoja szanowna ex-szefowa zechciala Cie z powrotem po miesiacu, a potem po dwoch znowu zwolnila, zeby po pieciu zaoferowac awans… Tylko czy warto wracac?

    Magda Weiner napisala sluszna uwage - masz umowe o prace? Tam powinny byc informacje na temat warunkow zwolnienia.

    Rozejrzyj sie dookola - moze jest cos z zasiegu reki. Zycze Ci powodzenia!

  10. maro pisze:

    mam nadzieje, ze bedziesz gora w tej walce z przeciwnosciami losu. powodzenia!

  11. teahuppo pisze:

    co za bzdury !! 1 wpis był jeszcze jako taki, ale ten…. po tych wypocinach zaczynam żałować, że osoba z rumunii (+ kilka innych) przestała pisać, bo i miło i ciekawie się czytało. a te jakieś psu wyjęte z miski kajmany?? straszne farmazony i nudny. nic ciekawego. 1 na 10. szkoda, że totalny zastój jest na tym blogu, bo pewnie znów p. skrzypczak walnie jakąś chałę.

  12. beata z Rumunii pisze:

    Teahuppo: miło mi to czytać:) Już coś wysyłam… Pzdr

  13. Magda Weiner pisze:

    teahuppo (a poniekąd i Beato): a mnie się nie czyta miło Twojego wpisu. Nie ma żadnego obowiązku czytania tego bloga, a obrażanie autorów wydaje mi się nieco nie na miejscu. Jednych lubisz, drugich nie lubisz, proste, ale wyrażaj proszę swoją krytykę w nieco bardziej powściągliwy sposób. Ja akurat z zainteresowaniem czytam o “psu z miski wyjętych Kajmanach”, bo nic na ten temat nie wiem; nie wiem, dlaczego uważasz, że to bzdury, ale skoro znasz się na tym lepiej, czekamy na Twoje notki!
    Pozdrawiam deszczowo
    magda, wyręczając admina :-///

  14. maly pisze:

    kazdy ma prawo wyrazac swoja opinie w mniej lub bardziej powsciagliwy sposob - nawolywanie do (auto)cenzury jest troche smieszne. Czytelnicy maja prawo powiedziec co sie im podoba, a co nie - tak dziala niewidzialna reka rynku. Nie wiem w czym mialabys wyreczac admina? czyzbys oczekiwala od niego/niej kasowania podobnych wpisow? ABSURD…

  15. MarcFloyd pisze:

    teahuppo: jesli tylko tyle masz do powiedzenia to moze jednak sobie daruj…

  16. Magda Weiner pisze:

    maly: owszem, każdy ma prawo powiedzieć, co mu się nie podoba, a co nie, chociaż mam wrażenie, że niedokładnie rozumiesz, czym różni się wolny rynek od wolności słowa. Natomiast sposób, w jaki ktoś wyraża opinie, to kwestia kultury osobistej i zachowania pewnego poziomu. Jeśli ktoś potrzebuje do tego autocenzury, to ja nie widzę w tym nic śmiesznego, raczej tragicznego…

  17. Magda Weiner pisze:

    *co mu się podoba, a co nie* oczywiście…

  18. Jureka pisze:

    Male pytanie .
    Co oznacza “wdaję się z nią w konwersacje początkowo lajtowe ”
    Intryguje mnie slowo “lajtowe”.

    Jurek

  19. Alicja pisze:

    Nic nie “oznacza”. Prawdopodobnie chodziło Ci o “co to znaczy”.

  20. bania pisze:

    swoja droga to nieladnie,beatko,nieladnie

Dodaj komentarz