Wolnoć Tomku…

Tyle razy obiecywałam sobie, że nie będę czytać polskiej prasy, ale jednak coś człowieka ciągnie… Ciekawe, że tym razem poszło o rowery (w Krakowie). Münster jest miastem rowerów (pisałam już o tym) i, nie chwaląc się, na temat rowerów i ich funkcjonowania w mieście wiemy (prawie) wszystko ;) Czytam sobie Gazetę w Krakowie i widzę list nieszczęśliwego rowerzysty, który pisze takie oto słowa: “Kiedy mieszkałem w Krakowie, jeździłem codziennie do pracy na rowerze. Najwygodniej mi było jeździć skrótami, często po chodnikach, w niewielkim stopniu propagowałem rower jako środek transportu w Krakowie. Wiadomo, każdy jeździ w sposób najwygodniejszy dla siebie, zwłaszcza jeżdżąc ulicami starego miasta trudno przestrzegać wszystkich znaków drogowych, które dotyczą przede wszystkim samochodów.”

Kochany Rowerzysto. Bardzo lubię rowery, uważam, że jest to znakomity środek transportu i miasta powinny możliwie najbardziej ułatwić rowerzystom poruszanie się po drogach. Brak ścieżek rowerowych i całej rowerowej infrastruktury w Krakowie jest niezaprzeczalnym faktem i źle świadczy o polityce miasta. Zgoda. Pozwól sobie jednak powiedzieć, że to tacy rowerzyści jak Ty szkodzą najbardziej sławie jednośladów.
Mój punkt widzenia ślicznie ilustruje jedna rowerowa historyjka z Münster. Było lato, bodajże lipiec, około południa. Słońce w zenicie, 30° w cieniu. Jadę sobie ulicą na rowerze i zatrzymuje mnie patrol policji. “Nie ma pani świateł!” - mówi oskarżycielsko Pan Policjant i sięga po bloczek z mandatami.

Zgłupiałam wtedy trochę i zapytałam (idiotycznie), po co mi światła w lipcowe południe. Pan Policjant powiedział na to, że przepisy mówią, że rower ma mieć stałe źródło oświetlenia niezależne od baterii, a ja takowego nie posiadam. Zgadza się, nie posiadałam, miałam wtedy takie lampki przyczepiane na klik, których rzecz jasna w letnie południe nie miałam przy sobie! Tłumaczyłam mu, że przecież biały dzień, słońce, południe, jakie światła - nic. Od mandatu uratowało mnie tylko to, że złapali mnie 100 m od domu oraz że przysięgłam na wszystkie świętości, że jechałam tylko do sklepu po mleko i nie wybierałam się do miasta. Więcej już nigdy nie wyjechałam bez świateł!

Historie o zapłaconych mandatach litościwie pomijam. Oj, sporo kasy na to poszło.

Wniosek z tej historyjki płynie taki: nieważne, jak jest wygodnie, jak jest komu po drodze, jakich palantów nie spotykało by się na drodze - przepisy obowiązują wszystkich, Rowerzysto. Nie masz prawa wymagać od samochodów ani pieszych, żeby respektowali Twoją obecność na drodze, jeśli sam robisz co chcesz i łamiesz przepisy, bo “tak jest wygodniej”. Nie masz prawa wymagać, żeby ktoś ułatwiał Ci życie, jeśli sam masz w nosie przepisy, bo “tak jest wygodniej”. Żyj i daj żyć innym, trudno to celniej ująć.

Wpis “Wolnoć Tomku…” skomentowano 2 razy

  1. Obcy pisze:

    W niektorych srodowiskach i miejscach odlam ludzi(rowerzysci), ktorzy zaczynaja dominowac liczebnie w stosunku do innych czesci spoleczenstwa zaczynaja po prostu innych terroryzowac. Pedzacy rowerzysta ma zawsze wiecej energii kinetycznej anizeli pieszy i robi sie wzgledem niego uprzywilejowany. Jako milosnik samochodu i platnik podatku, proponuje aby rowerzysci, ktorzy domagaja sie odrebnych drog dla rowerzystow, rowniez zostali z tego tytulu obciazeni podatkiem drogowym.

  2. migotka pisze:

    zgadzam się z autorką - wielu rowerzystów szkodzi sprawie jednośladów - nie przestrzegają prawa, ignorują znaki, jeżdżą pod prąd na drogach jednokierunkowych. Trójmiasto na sporą sieć ścieżek dla rowerów - ale po co nimi się poruszać, jeśli można jechać po równoległej (sic!!) do ścieżki, jednopasmowej drodze, spowalniając ruch i zmuszając sznur kierowców do wymijania. Jeżdżę ul Jelitkowską do pracy i codzień mijam tu rowerzystów - mimo, że równolegle do niej jest ścieżka wybudowana specjalnie dla rowerów!!

Dodaj komentarz