Uważaj o czym śnisz. cz. 2

Marzenie

Mauritius zapadł mi w serce już podczas pierwszej wizyty. Mark Twain chyba miał rację pisząc, że Bóg stworzył najpierw tę wyspę, a potem na niej wzorował raj. Krajobrazy zapierają dech w piersiach, klimat rozpogadza, a jedzenie jest niezapomniane. Drugi raz pojechałam tam na kilka miesięcy, a po trzecim pobycie wyjeżdżałam z podwójnie złamanym sercem, bo koniec pewnego etapu w moim życiu oznaczał też brak możliwości pozostania tam na dłużej. Odkąd stamtąd wyjechałam, marzyłam o powrocie na wyspę.

Gdy moja pracodawczyni (od tej pory nazywana B.) skontaktowała się ze mną poraz pierwszy (nie starałam się o tę pracę, to ona znalazła mnie) opowiadała o tym, jak życie na Kajmanach przypomina płatny urlop. Zadurzona w Mauritiusie, na którym nie było mi dane zostać, nie musiałam się długo zastanawiać, szczególnie, że praca zapowiadała się ciekawie i na atrakcyjnych warunkach. Oczywiście podejmowałam ryzyko akceptując ofertę prywatnego pracodawcy, ale sądziłam, że skoro firma istnieje od 13 lat, to musi być instytucją o ustalonej reputacji i przestrzegającą pewnych zasad. Po raz pierwszy odrobiłam też zadanie domowe przed wyjazdem czytając sporo blogów, dowiadując się więcej o B. (jest tu naprawdę znana, pierwsza założyła tego rodzaju firmę, udziela się społecznie i można znaleźć o niej sporo w mediach) i podpisałam umowę z nieco wydłużonym, ale proporcjonalnym do czasu trwania umowy okresem próbnym. Spakowałam walizki i przeniosłam się na wyspę na oceanie sądząc, że oto właśnie spełnia się moje marzenie.

Rzeczywistość

Kajmany są terytorium zależnym Wielkiej Brytanii, nie przypominają jednak w niczym WB pewnie ze względu na bliskość Stanów. W wielu miejscach ceny podawane są w dolarach kajmańskich i amerykańskich. To dla turystów, których 80% przypływa tu ze Stanów na gigantycznych statkach rejsowych. Kablówka amerykańska, piwo głównie ze Stanów (niestety), Burger King, KFC, Hard Rock, benzyna sprzedawana w galonach i temperatura podawana w stopniach Fahrenheita.

Populacja liczy około 50 tysięcy osób, z czego ponad połowa to obcokrajowcy. Wśród nich najliczniejsza grupa to Jamajczycy, następnie Filipińczycy i Latynosi, a na końcu Anglosasi (WB, USA, Kanada) i Europejczycy. W większości są tutaj na wizach pozwoleniom na pracę. Po to by pracować.

Krótkotrwałe pozwolenia na pracę są wydawane administracyjnie, tj. przez wyznaczonych do tego urzędników. Roczne wizy są uzgadniane przez panel złożony z urzędników i lokalnych biznesmenów, którzy pobierają symboliczną tylko opłatę za wielogodzinne zebrania, w czasie których omawiane są podania i podejmowane decyzje. Ten sposób przyznawania pozwoleń na pracę ma zagwarantować, że na wyspę nie są sprowadzane osoby, które odbierałyby pracę tubylcom i wykluczyć korupcję(bo pojedynczego urzędnika łatwiej przekupić), ale mam wrażenie, że uczestnictwo biznesmenów w tym procesie stwarza potencjalny konflikt interesów, np. jeśli rozpatrują podania pracowników konkurencyjnej firmy. Porównuję tutejsze przepisy (pracowałam kilka lat jako urzędnik wizowy dla administracji kanadyjskiej) i zaskakuje mnie ich płynność, umożliwiająca podejmowanie subiektywnych decyzji, bez potrzeby ich uzasadniania.

Regulowanie przypływu ludności za pomocą pozwoleń na pracę, stanowi jedno ze źródeł finansowania tutejszej administracji i zastępuje dochody z podatków, których w raju podatkowym się nie płaci. Dlatego też opłaty są zróżnicowane według branży i stanowisk, i niektóre są astronomiczne - za work permit dla generalnego menadżera w bankowości bank musi zapłacić ponad 20 tysięcy dolarów.

Zadaniem administracji finansowanej z opłat za prawo do pracy, jest dbanie o dobrobyt Kajmańczyków - prawa obywatelskie rdzennej populacji wydają się chronione poprzez dyskryminację innych. Surowe przepisy utrudniają osiedlenie się nawet osobom, które spędziły tu wiele lat. Szczęśliwcy, którzy nabyli status rezydenta, muszą go co roku odnawiać, nie mogą dowolnie zmienić pracy i nie mają prawa do głosowania. Mimo, że to głównie obcokrajowcy pracują na dobrobyt gospodarczy wyspy, tolerowani są jako zło konieczne.

Reguły gry

Pozwolenia na pracę są dla niewykształconych i niewykwalifikowanych Kajmańczyków drażliwym tematem, który powraca szczególnie przed wyborami, czyli teraz. W lokalnej gazecie regularnie publikowane są listy od czytelników skarżących się, że nie mogą znaleźć pracy a na wyspę wciąż sprowadza się pracowników z zagranicy. Pomija się zwykle to, że w większości są to pracownicy o wysokich kwalifikacjach, których wśród Kajmańczyków nie można znaleźć.

Do gazet pisują też pracodawcy skarżąc się, że lokalni pracownicy często się spóźniają, biorą chorobowe, nie wypełniają powierzonych im zadań i ogólnie unikają wysiłku - etos nauki i pracy nie wydaje się tu istnieć. Tzw. pozytywna dyskryminacja uniemożliwia skuteczne zarządzanie personelem. Trudno się pozbyć niewydajnych pracowników, bo to dzięki ich obecności w firmie urząd wizowy patrzy łaskawszym okiem na podania o pozwolenia dla obcokrajowców. Nad innymi formami dyscyplinowania też należy się dobrze zastanowić - bo jeśli doniosą do urzędu wizowego, że zostali “skrzywdzeni”, to podanie o pracę osoby dyscyplinującej zostanie odrzucone przy najbliższej okazji.

Pozwolenie na pracę jest sponsorowane przez konkretnego pracodawcę, co jak każde narzędzie kontroli umożliwia nadużycia - nierzadko zdarza się, że pracownik chcąc tu pozostać musi zgodzić się na cięcia pensji, zmianę obowiązków, bezpłatne nadgodziny i inne niekorzystne zmiany w warunkach umowy. Zmiana pracy jest możliwa tylko za pisemną zgodą poprzedniego pracodawcy.

Tak więc Kajmańczyk, jako pracodawca i jako pracownik, ustala reguły i prawo jest zawsze po jego stronie.

Ciemna strona marzeń

Dla mnie najtrudniejsze do zaakceptowania jest to, że w sytuacji, w której się znalazłam jestem bezsilna i zdana na łaskę osoby, która ustala własne zasady gry.

Od zaakceptowania oferty do mojej przeprowadzki na Kajmany minęło pięć tygodni, w czasie których B. zatrudniła na moje miejsce kogoś innego. Nie poinformowała mnie o tym, bo wycofanie oferty pociągałoby konsekwencje prawne, a zwolnienie w okresie próbnym już nie.

Po miesiącu, w czasie którego nie zostałam nawet wdrożona w obowiązki opisane w kontrakcie, zwolniła mnie cytując brak pracy i przepraszając za tę niefortunną decyzję. Przeprosiny jako rekompensata? To za mało, ale umowa nie zobowiązuje B. do niczego innego. Oto nowe zastosowanie okresu próbnego - 30 dni na zmianę decyzji i zwrot towaru.

Gdy po trzech tygodniach (rekord!) znalazłam nową pracę, zaczęła zwlekać z wydaniem zgody na inne zatrudnienie, argumentując, że przecież nie ściągała mnie tutaj, żebym pracowała dla konkurencji. Gdy to piszę, moje losy wciąż się ważą, bo gdy dowiedziała się jaka firma złożyła mi ofertę zaczęła się zastanawiać czy przypadkiem znów mnie nie zatrudnić (i pewnie zwolnić, tym razem dyscyplinarnie, żebym nie miała wyjścia i musiała opuścić wyspę). Wszystko zależy od jej kaprysu.

Bardzo jestem ciekawa, jak się to wszystko skończy. Nie tracę nadziei, bo nawet tu w ciągu dwóch miesięcy poznałam życzliwych ludzi, którzy wspierają mnie jak mogą. Odradzają jednak odwoływanie się do jakichkolwiek instytucji ostrzegając, że byłaby to walka z wiatrakami. Wszyscy są obcokrajowcami i pogodzili się już z losem marionetek. Teraz moja kolej.

Odkąd wyjechałam z Mauritiusa marzyłam o życiu na wyspie. Ale to chyba nie ta wyspa, i zdecydowanie nie ten ocean.

***

P.S. Do zgryźliwców - gdyby się zastanawiali: niczym nie zasłużyłam sobie na to traktowanie, nie ma ono też nic wspólnego z moimi kompetencjami, B. postępuje tak wobec mnie dlatego, że może, bo nie trafiłam jej do serca. Jest z tego znana, ale “tylko” na wyspie. Pewnie dlatego rekrutuje głównie zagranicą.

Bardzo dziękuję za słowa otuchy pod poprzednim wpisem.

Wpis “Uważaj o czym śnisz. cz. 2” skomentowano 6 razy

  1. zgryzliwiec pisze:

    nie rozumiem dlaczego ktos mialby placic za twoje pozwolenie na prace a potem cie wyrzucac z pracy??? Jaka satysfakcje mialby/mialaby z tego twoja szefowa? bo bardzo zla osoba jest?hnmmmm (troche to dziecinne tak mysles- business is busness a nie jakies przedszkole, i czasami wydaje mi sie ze przenosisz warunki pracy w Polski kilka lat wczesniej na warunki zachodnie) .30 dni na okres probny to minimum - tak na marginiesie. Wydawanie wiz z pozwoleniem na prace wyglada podobnie (z wyjatkiem oczywiscie tak ogromnych oplat) w kazdym zachodnim kraju n.p. w US. jezeli masz wize na prace do konkretnego pracdawcy to nie mozesz sobie dowolnie zmieniac miejsca pracy…To co piszesz jest bardzo ‘fishy’ i to juz twoj drugi post, co mnie tym bardziej dziwi.

  2. INTJ pisze:

    Kiedyś na te wyspy “pracowników” sprowadzano w kajdanach, upakowanych na statkach jak bele drewna. Wygląda na to, że nazwa “stanowiska pracy” się zmieniła, ale mentalność pozostała ta sama ;)

    Życzę powodzenia w walce o swoje marzenia :)

  3. Marc, Stoke-On-Trent pisze:

    Agnieszko, trzymam mocno za Ciebie kciuki :)

  4. Ania Ready pisze:

    Agnieszko, trzymam kciuki, zeby szanowna B. wypuscila Cie ze swoich szponow. Moze to rzeczywiscie nie ta wyspa, ale dlaczego nie dac jej raz jeszcze szansy, jezeli dostalas ciekawsza oferte pracy. Zycze powodzenia.

    Mentalnosc tej wyspy jest dobijajaca, wiec podejrzewam, ze zycie przez dluzszy okres staje sie nie do wytrzymania.

    Pozdrawiam.

  5. AnnaI pisze:

    Jak Cie Kajmany az tak draznia, to dlaczego nie wyjedziesz i znajdziesz sobie pracy gdzies indziej? Zgadzam sie tutaj ze zgryzliwcem. Az sie przykro czyta o kolejnej nadetej Polce za granica. A Twoje stereotypowe podejscie do Kajmanczykow jest po prostu smieszne. Moze jak Twoja pracodawczyni zobaczyla jak na nia z gory patrzysz, to nic dziwnego ze chciala sie Ciebie pozbyc.

  6. Mirek pisze:

    hej … zastanawiam sie czy nie dostalem propozycji pracy od tej samej pani Ba’. Odezwij sie do mnie prosze na podany wyzej e-mail lub gg5675

Dodaj komentarz