Widzę ciemność…

victoria_200.jpgW sobotni poranek dostałam maila od mojej przyjaciółki i jednocześnie redaktor naczelnej tygodnika, w którym pracowałam. Maila krótkiego acz treściwego. Wynikało z niego, że wydawcy nie chce się już wydawać. Spory problem zważywszy na to, że hobby wydawcy było jednocześnie moim i przyjaciółki miejscem pracy. Wydawca chyba jednak myślał, że dla nas też jest to hobby, bo coby przedłużyć żywotność tytułu zaproponował nam przycięcie i tak niewygórowanych stawek o połowę.

Propozycja była nie do przyjęcia, więc odrzuciłyśmy ją niezwłocznie. Przyjaciółka pojechała na trzytygodniowy urlop na Mazury, wydawca do Kanady, więc i ja sama zaczęłam się zastanawiać nad wyjazdem. Do Polski. Do Warszawy. Na zawsze?

Jeśli tak pomyśleć - czemu nie? Wszak polscy pracodawcy, na których jako polski dziennikarz jestem skazana (wyjaśniałam już sprawę jakiś czas temu we wpisie “Przeklęty język polski”) i tak oferują tu stawki do polskich bardzo zbliżone. Pozostaje dostosować do tego koszty życia (te wszak pozostają londyńskie), czyli zwyczajnie - przenieść się do Polski.

Zwyczajnie. Jakież to proste, prawda? Znam język, rodzina pomoże, zaprzyjaźniona firma transportowa przewiezie rzeczy… Analizowałam sprawę przez cały weekend, rozkładałam na części pierwsze, ważyłam “za” i “przeciw” i zaczęłam czuć, że grunt usuwa mi się spod nóg, że wpadam w jakąś potworną otchłań, i że jak Maks w “Seksmisji” mam ochotę wołać do Albercika: “Ciemność, ja widzę ciemność!”.

Dopiero teraz, po ponad czterech latach za granicą zrozumiałam, co czuje prawdziwy emigrant. Prawdziwy to jest taki, który zostawia żonę, dzieci, dom i wsiada do autobusu. Ten autobus tylko na chwilę zatrzymuje się w jego wsi, a potem śmiga przez pół Europy. Wypluwa go potem z siebie na dworcu Wiktoria i już pakuje następnych. Więc emigrant bierze torbę wypchaną konserwami i idzie szukać jakiegoś tam adresu, który mu ktoś podał. Tam jest mieszkanie, albo praca. Idzie jak we mgle, po omacku, bo przecież po angielsku ni hu-hu. Przed nim cała nauka życia od nowa - gdzie kupić chleb, gdzie stacja metra, dokąd na piwo po pracy.

Ze mnie guzik nie emigrant. Wzięłam do Anglii najlepszą przyjaciółkę i znajomość angielskiego. Nie musiałam się martwić, że przegapię dzień, w którym moje dziecko pójdzie do szkoły. O nic w sumie nie musiałam się martwić. Dopiero teraz muszę. Dopiero teraz, gdy myślę o powrocie, czuję się jak emigrant. Jezu, przecież ja tam nic nie mam!

No dobrze, mam znajomych ze studiów. Znajomych, to znaczy ludzi, w których skrzynkach mailowych figuruje mój adres, w związku z czym dostaję rymowane życzenia na Wielkanoc i seksistowskie / feministyczne dowcipy. Umówmy się - nie znam tych ludzi. Pamiętam tylko jak knuli plany poderwania kolegi / koleżanki z innej grupy i kupowali sobie pierwsze komórki. Dziś, razem z dowcipami i życzeniami, przesyłają mi maile o treści: “To Karolinka. Ma 1 dzień i waży 3,5 kilo” albo “Pierwszy ząbek Stasia”.

Nie mam tam ulubionych pubów, restauracji, barów. No, może mam. Na przykład bar. Bar mleczny - dla ścisłości. Oficjalnie zwany chyba Uniwersyteckim, przez wszystkich znany był jako Karaluch. Czy Karaluch jeszcze istnieje? Nawet jeśli tak, nie jestem pewna czy chciałabym się tam nadal stołować. W czasach studenckich kwestia chcenia była mało istotna - tylko na Karalucha było mnie stać. Naleśniki jednak - muszę podkreślić - były tam wyborne.

Kiedy tak sobie przypominam te naleśniki - przestaję panikować. Powiedzcie mi, że jest po co wracać! Bo chcę wracać, zawsze chciałam. Teraz muszę już tylko nastawić się pozytywnie. Myślę więc o tych dobrych rzeczach. O tym, że na osiedlowym bazarku będę kupować mój ukochany biały ser, soczyste pomidory i pachnący koperek. O tym, że jeśli tam ktoś weźmie do ręki mój dyplom, nie pomyśli, że to karta choroby, albo książeczka wojskowa. O polskim morzu, do którego z Warszawy nie jest przecież tak daleko…

Dwa dni po tamtej sobocie wydawca (dokładnie pół wydawcy - jeden ze wspólników) zadzwonił przedstawić mi kolejną koncepcję ratowania gazety. Za późno. Podjęłam decyzję. Wracam.

Katarzyna Jaklewicz

Fot. TimBrighton, Flickr (CC BY SA)

Wpis “Widzę ciemność…” skomentowano 68 razy

  1. Arkadius pisze:

    Myśleć wolno i powinno się planować, ale proszę po cichu.
    Kto głośno myśli jest zagrożeniem.
    Bye, bye wysepki

  2. noone pisze:

    Na prawdę? Bez szukania innej pracy? Bez walki? Do czego?

  3. gf pisze:

    niecierpliwie czekam na ciąg dalszy historii, jak Ci w Polsce się uloży.

  4. eovka pisze:

    Karaluch istnieje, a jakże! Ale lepszy Bar Familijny trochę dalej - na Nowym Świecie. I naleśniki tam jeszcze smaczniejsze.

  5. ada pisze:

    Gratuluje decyzji. Ja jeszcze wciaz jestem na etapie planow, ale chce wrocic i zrobie to …juz za rok. Boje sie, czy aby troche nie za bardzo wybielilam i ugrzecznilam obraz naszej ojczyzny , i czy za miesiac nie bede wyla do ksiezyca i pragnela wrocic do zachodniej “normalnosci”, ale tak strasznie tesknie za …Polska, ze ten caly luksus poprostu mi sie przejadl. Pozdrawiam i czekam na bloga jak tam w Polsce po przyjezdzie …

  6. Marcin, Stoke-On-Trent pisze:

    Baw sie dobrze.

    Kasiu, powiem tak: zycze Ci powodzenia, naprawde. Ale przypuszczam ze wrocisz do UK. Bo mieszkajac tu przez kilka lat zapomnialas na jakim stopniu rozwoju cywilizacyjnego jest Polska i sa Polacy.
    To bedzie szok kulturowy w druga strone :)

    Pozdrawiam i powodzenia.

    M.

  7. Luke pisze:

    Karaluch istnieje i ma się dobrze. Stoi teraz na odremontowanym Krakowskim wśród latarni pastorałek i postumentów z obrazami Canaletta. Warszawa piękno-brzydka jak zawsze. Ludzie mrukliwi, niesympatyczni i w pośpiechu. Wisła ciemno-stalowa snuje się leniwie. Praga zapuszczona, ale autentyczna. Dobrze jest tu być. Znaleźć dla siebie miejsce, zaprzyjaźnić się. Wracaj. Nie będziesz się czuła gościem. Będziesz się wściekać na bałagan, korki, remonty, głupotę, niezorganizowanie, brud, ponuractwo, chamstwo i menelstwo. Tak. Ale będziesz się też czuć na miejscu, a koperek będzie smakował wybornie. No i dzięki Tobie może i tutaj będzie kiedyś ‘normalnie’.

    Pozdrowienia

    LK

  8. Magda Weiner pisze:

    Przestańcie ją dołować! :) Katarzyna, potraktuj to jako możliwość. Opcję. Szansę. Na zasadzie “dlaczego nie”. W końcu samoloty latają w obie strony, nie?
    Niestety, nie wymyśliłam żadnych powodów “za” poza tym jednym. Smutne.

    pozdrawiam
    magda

  9. azazel pisze:

    Wpadnij tu jak na wakacje. Bo powrot na wyspy moze sie nie udac, a po paru tygodniach zachce sie wracac do normalnego mimo ze odleglego swiata.

  10. ASD pisze:

    Kolejna osoba, ktorej sie nie udalo…

  11. Marcin, Stoke-On-Trent pisze:

    “ASD pisze:

    2007-07-18 o godz. 15:54
    Kolejna osoba, ktorej sie nie udalo? ”

    Dlaczego? Przeciez decyzja o wyjezdzie do Pl jest jej decyzja, nie zostala do niej zmuszona, jak i rowniez nie jedzie dlatego ze jej sie nie udalo.

    Kultura brytyjska (mam tu na mysli rowniez uwarunkowania spoleczno-polityczne) jest naprawde BARDZO rozna od polskiej i albo sie to lubi albo nie. Ja to kocham i zarazem nie trawie polskiej, widocznie ona uznala ze woli polska. Nie rozumiem tego, przyznaje sie bez bicia, tak jak bocian nigdy nie zrozumie wiewiorki.
    Ale pzreciez to jej zycie i jej decyzja. Trzeba to szanowac…

  12. Paweł pisze:

    Wyznaję zasadę, że tam dom, gdzie serce, gdzie czujesz się - często nie wiadomo dlaczego - dobrze. Z tekstu wywnioskowałem, że powrót do Polski to byłby chyba mniej powrót, a bardziej kolejna emigracja.

    A co do jedzenia, to w ciągle istniejących sklepach “Społem” można kupić pyszne - ready-made ;) - naleśniki z serem.

  13. dzbanek pisze:

    Do ASD: skad to stwierdzenie ze sie nie udalo??? To jest swiadoma decyzja a nie porazka! Wlasnie ze sie udalo! osiagnela co chciala a teraz wraca bo tez chce!

    Powodzenia!

  14. JWP pisze:

    4 lata? prawie ostatnia szansa, potem juz nie mozna, Ja nie moglem wrocic w pore a potem robi sie za pozno.
    Historia Niemki mieszkajacej z mezem na Florydzie - “ulubione” miejsce emerytow. Po smierci meza postanowila wrocic do Niemiec. Bo tam to daleka rodzia porzadek, uczciwosc etc. Po pol roku wrocila na Floryde - bo przyjaciele ,cieplo, z przyjaciolkami bingo raz na tydzien w kosciele etc.
    I tak bylo przez pare lat. Pozniej stracilem kontakt.
    Pamietaj, - “u sasiada trawa jest zawsze zielensza” , albo “wszedzie dobrze, gdzie nas niema”.
    Powodzenia, masz juz eperience , zawsze masz szanse wrocic tam i znalasc prace, nie jestes zielona.
    J.

  15. Katarzyna Jaklewicz pisze:

    Magdo, dziekuje za dodanie otuchy. Tak wlasnie sprawe traktuje. I o jednym jestem przekonana - bedzie o czym pisac!

    Luke i eovka - Dziekuje za dobre wiesci w sprawie Karalucha. Na pewno odwiedze. Familijny tez niczego sobie. Na dodatek mieli tam leniwe. Hmmmm….. Ale juz zupelnie ekstraklasa to Szwajcarski w drugiej czesci Nowego Swiatu - na tylach PAP-u. Mielone z buraczkami nie do pobicia. Planuje osladzac sobie nimi zycie w trudnych chwilach emigracji powrotnej ;-)

    Arkadius, Ciezko byc dziennikarzem i myslec po cichu, ale moze sie uda. Bede probowac. :-)
    Sciskam wszystkich.

  16. polish is beautiful pisze:

    Pani Katarzyno, jeśli uciekać, to tylko do przodu. Do Polski zawsze pani zdąży. Jeśli jednak naprawdę chce pani zobaczyć jasność, polecam Stany. Tam też się przydaje język polski. Polonia przyjmie panią z… zamkniętymi ramionami, ale przy odrobinie cierpliwości, szczęścia i umiejętności na pewno pani nie zginie.

  17. Anfly pisze:

    Kazdy musi sam znalezc a)miejsce na ziemi, b)powod, dla ktorego chce tam byc. Nie demonizujmy ani Polski, ani UK, prosze.

  18. YoYoMa pisze:

    Spedzilem ostatnio w Polsce 10 dni,
    jako atrakcje polecam przystanki autobusowe i lotnisko Okecie.
    Zycze przyjemnego powrotu do normalnosci, czyli na emigracje.

  19. owcarek podhalański pisze:

    Witoj, Kasiecko! Przeprasom ze dopiero teroz sie odzywom, ale ten Łordpres trzymoł Twój komentorz pod moim blogiem i trzymoł, przez co z opóźnieniem odkryłek ześ sie wpisała.
    A bar Karaluch? Na mój dusiu! A mało to jo podsłuchołek rozmów turystów z Warsiawy o tym barze? Tak jest! Hyr o Karaluchu nawet do mojej budy doseł! I o tamtejsyk naleśnikak z serem tyz! I o tym, ze niejednego studenta do niejednej rzecy one natchnęły. Tako to magicno siła kryje sie w naleśnikak z Karalucha. Kasiecko, po powrocie na ojcyzny łono, zaroz idź do tego baru i zamów se piknom porcje naleśników. A potem to juz pódzie … :)

  20. Daniel pisze:

    Mam brata ciotecznego, prawie około 30-stki. Zastanawiałem się czy osoba nieszczególnie związana politycznie i ideowo ze swoim krajem może do niego tęsknic, nie do rodziny, przyjaciół tylko do kraju. Zdaje się że tak, mówi że tutaj prowadzi spokojne życie i w zasadzie jest mu dobrze, chce się tu wybudowac i założyc rodzinę, tu ma rodziców i swój dom. Życzę Pani, Pani Katarzyno doświadczenia podobnego szczęścia, w równie zmityzowanym świecie.

  21. michos60 pisze:

    ASD pisze:

    2007-07-18 o godz. 15:54
    Kolejna osoba, ktorej sie nie udalo?

    A co to znaczy kiedy komus sie uda? Wiesz? Bo ja nie. Przesiedzialem na obczyznie sporo lat. Chcesz wiedziec czy mam szmal? Mam. Pozycje? Owszem. Dopoki drapalem sie w gore, zdobywalem, walczylem nie mialem czasu, zeby pomyslec: Pozniej! Teraz do przodu. Najlepiej jak najdalej od krajowych, zeby nie dolowali, nie hamowali. Przeciez mozna miec odpowiednich przyjaciol, skoro nie chcesz ogladac sie za siebie. Tutaj wszyscy tacy friendly, a jacy inteligentni! Kreatywni!
    A potem samotnosc. Konstatacja: wszystko, wszedzie to samo. I marzenie: pojsc rano do kiosku po gazete, wracajac spotkac sasiada i pogadac z nim o kaczorach. Wracam.

  22. Ela Guenette pisze:

    Mieszkam w Kanadzie 25 lat. Wrocilam do Polski w 94 roku. Pozostalam tam do 2000. Wrocilam do Kanady, mimo, ze zarabialam bajonskie sumy jako konsultant w W-wie. Nawet nie mysle o Polsce. Wracam co roku aby odwiedzic grob rodzicow. W tym roku nie pojechalam. Tesknota za krajem byla tylko za wspomnieniami, ktorych juz nie ma. Zastanowcie dobrze nim podejmiecie decyzje powrotu do Polski. Kraj jest niezorganizowany, niczym wiocha zabita dechami. Wrocie gdy kraj bedzie normalny i ludzie przzestana belkotac.

  23. J. pisze:

    Kasiu, czy ta emigracja to byla na serio czy to byly tylko saksy? Nie wiem czy ten tekst bedzie mial wplyw na Twoja decyzje? Obawiam sie ze po powrocie bedziesz sobie wyrzucac iz nie probowalas znalezc innej pracy w Londynie.
    Chyba ze masz zaoszczedzonych dosyc pieniedzy aby wystartowac na nowo w Polsce? Pamietaj ze ceny sa inne niz przed 4 laty. Ja bym na Twoim miejscu szukal innej pracy. Zycie na Zachodzie polega na tym ze co kilka lat praca sie konczy i trzeba szukac nowej. Nie jestes pierwsza osoba ktora to spotyka. Powrot do Polski dlatego tylko ze sie skonczyla praca to ucieczka. Jezeli pracowalas legalnie to przysluguje Ci unemployment, oraz platne kursy na ktorych mozesz calkiem dobrze zyc. Jak wpadniesz w tryby urzedniczej maszyny to oni sami Ci pomoga poszukac nowej pracy. W Polsce bedziesz zdana tylko na siebie.
    Pozdrawiam
    J.

  24. pirat pisze:

    Słuszna decyzja popieram. Nie można wykorzystwać.

  25. K. pisze:

    My, Polacy osiągnęliśmy chyba najwyższą formę umiejętności narzekania. A już na polskie realia robimy to po mistrzowsku. Kto był choć trochę na zachodzie, a wiem, bo sama spędziłam w różnych krajach trochę czasu, ten poważnie rozmija się z prawdą mówiąc, że Polska to dziura zabita dechami. Ludzie, czy wy tego nie widzicie, że nas od zachodu różni już tylko zasobność portfela. Sklepy są pełne wszystkiego i o każdej porze dnia i dnia - w przeciwieństwie do cudownego zachodu, samochód jaki chcesz, mieszkanie , jakie chcesz, fryzjer na każdym rogu , apteka jeszcze częściej, wykształcenie często wyższe i do tego rzetelne…itd, tylko musi nam się trochę w głowach poprzestawiać!
    Przecież to my, społeczeństwo mamy największe pole do popisu, jeśli wszyscy twierdzą, że w Polsce jest źle, to musi tak być. A może czas pomyśleć trochę cieplej o naszej ojczyźnie. Najprościej jest spakować manatki i uciekać - bo w myśl polskiego starego powiedzenia wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Jedna rzecz: Do Szanownych Rządzących, zacznijcie działać tak, aby funt czy euro nie były atrakcyjniejsze od złotówki, i wtedy wszystko będzie dobrze.
    Pozdrawiam, a za p. Katarzynę, jak najbardziej ZA.
    K.

  26. INDI pisze:

    Nie wracaj tu. Co prawda mnie jest tu stosunkowo dobrze - stosunkowo w porównaniu do setek tysięcy ludzi, którzy żyją na granicy godności, ale gdyby nie problemy zdrowotne na pewno już od dawna byłabym w UK.
    To jest absurdalny kraj gdzie między parodią a rzeczywistością nie ma już żadnej granicy. Ja mam tu bliskich przyjaciół i obok problemów zdrowotnych tylko to mnie tu trzyma.
    Byłam w UK 3 miesiące ale wróciłam na 5 rok studiów bo szkoda było dyplomu, gdybym była po piątym roku na pewno bym nie wróciła już.
    Nie zamykaj sobie furtki do powrotu.
    Mam wielu znajomych, którzy wyemigrowali - wróciło tylko dwóch - jeden z tęsknoty za rodziną (dzieci i żona), drugi bo zachorował. Reszta żyje milion razy lepiej niż w Polsce.
    Trzymam kciuki aby wszystko było OK u Ciebie - czy to w Polsce, czy w UK, czy gdziekolwiek indziej.
    INDI

  27. ada pisze:

    Ostatnio Zanussi swietnie ujal pojecie emigracji wg niego, to pewnego rodzaju skaza, kalectwo duszy…niby da sie z tym zyc , ba! nawet zapomniec, ale wylezie jak zmora, wczesniej czy pozniej . Ja tego wlasnie doswiadczam …chce do Polski , do “swoich” glupich czy madrych, do szarosci , beznadzieji i balaganu… Czuje sie troche jak nastolatka , ktora zakochala sie w nieodpowiednim mezczyznie z przeszloscia , i choc wie ze moze ja pociagnac ta milosc w dol, ma nadzieje ze to ona go uratuje.

  28. ASD pisze:

    No coz - decyzja o jakiej pisala autorka nalezy oczywiscie do niej samej, czyli jak piszecie jest to “jej decyzja”. Prosze jednak zwrocic uwage na okolicznosci - to nie jest tak, ze zycie bylo piekne, wszystko szlo po mysli, a autorka stwierdzila, ze chce powrotu do Ojczyzny. Z tresci jakos bardziej wynika, ze to niepowodzenie zawodowe ma wplyw na decyzje… I wcale nie ganie nikogo za problemy w pracy, bo pojawic sie moga one na calym swiecie i niekoniecznie z naszej winy. Lecz wyjazd w tej sytuacji swiadczy o braku woli walki, lub zdania sobie sprawy o nieprzystosowaniu do zaistnialych warunkow.

  29. Tomek z Anglii nadaje pisze:

    Tak to już z tymi wydawcami jest … nie chcę nic mówić, ale moje losy w pewnym czasie były bardzo podobne…

  30. Stauffenberg pisze:

    Pani Katarzyno!
    Nie, nie i jeszcze raz NIE! Tu idą Dark Ages i przez najbliższe 10 lat sytuacja bedzie się pogarszać nie poprawiać. Potem BARDZO POWOLI zacznie wracać do normy.
    BTW: czy ma Pani jakąś mocno ustosunkowaną osobę w gronie swoich znajomych z Polski? Bo bez tego nie ma co marzyć o jakiejkolwiek lepszej pracy…
    Rządzą teraz w tym kraju dwaj nowi świeci, specjalnie dla Polaków: św.Protekcjusz i św.Korupcjusz. Bez ich pomocy ani rusz. Poza tym - niech Pani pamięta, że aby zarobić na podatki, emeryturę i utrzymać się na odpowiednim poziomie,w Polsce trzeba poświecić na pracę 2xtyle czasu co w Londynie. I nie starczy go nawet na kontakty ze znajomymi.
    Krótko mówiąc, po zebraniu opinii - doradzam Australię. Nie jest tam tak, jak w USA, ale większy luz i jeszcze łatwiej o dobrą robotę. Sam się tam wybieram,mimo wieku (40+)

  31. Juzef W. pisze:

    Pani Katarzyna Jaklewicz.

    Pani Katarzyno,
    Wazne slowa w Pani deklaracji to: “I o jednym jestem przekonana - bedzie o czym pisac”. Jak bedzie “pisac” to bedzie “zarabiac” i bedzie satysfakcja. Pani walczy, nie gnije w marazmie i tego gratuluje. Zawsze do przodu, Pani Kasiu, agresywnie zycie za leb. I nie ograniczac sie do “jest sie dziennikarzem”. Mniemam, ze ma Pani bardzo wiele lat przed soba i moze sie zdarzyc calkiem inna kariera, lub podobna, nie sposob przewidziec, ale musi Pani byc na to otwarta. Grzac temat, jest przeciez rodzina i znajomi, kontakty. Przy ustawicznym uporze, uzyska Pani to co polubi. Do diabla z nostalgia za Karaluchem i nalesnikami; pierwsze kroki to nie tam, ale do kilku wydawcow, w Warszawie, w innym miescie, do obcych wydawcow, twardo, czasem bezczelnie, bez skrupulow, lawirujac, kokietujac, sprzedawac sie za znacznie wyzsza cene niz we wlasnym wyobrazeniu jest Pani warta. Pewnego dnia ktos, cos sie pojawi i bedzie O.K. Aggressive approach, a nie lzawe miedlenie “bialym serku i soczystych pomidorkach w osiedlowym sklepiku”. Wrazliwosc i sentymentalizm przydatne do zbierania informacji i kontaktu z czytelnikiem sa nieprzydatne w formowaniu wlasnej kariery i zyciorysu, prosze laskawie pamietac. Trzeba rozgrywac. Talentu Pani nie brak, kwalifikacje, kontakty sa - tylko wiecej “byka za rogi”. A poczatkowe trudnosci ? Screw them. Just fight, girl, just fight. Tu jest wielu przyjaciol, jesli nie oderwie sie Pani od Polityki, bedziemy wspierac. Z wielkim szacunkiem i najlepszymi zyczeniami suksesu, Juzef.W.

  32. mon pisze:

    Jak nie ma szansy na dalszy rozwoj albo do tego rozwoju sie nie chce juz tutaj dazyc, to trzeba wracac. Najgorzej to tak sie miotac- ni w te, ni wewte. Czlowiek wegetuje, zycie ucieka a na zrobienie kariery gdziekolwiek zmniejszaja sie szanse…

  33. kropkacom pisze:

    > Ostatnio Zanussi swietnie ujal pojecie emigracji wg niego, to pewnego
    > rodzaju skaza, kalectwo duszy?niby da sie z tym zyc , ba! nawet
    > zapomniec, ale wylezie jak zmora, wczesniej czy pozniej .

    Z całym szacunkiem dla autora tych słów ale nie wrzucałabym wszystkich do jednego sentymentalnego rondla. Nie wszyscy tęsknią i będą tesknić. Coraz więcej ludzi wyjeżdża aby ułożyć sobie życie poza krajem. Nie tylko zarobić, odłożyć pieniądze i wrócić. Dla mnie osobiście Polska to teraz ludzie i rodzina. Jeśli kiedyś zabraknie najbliższych to zostaną już tylko wspomnienia (nie tęsknota).

  34. Stefan pisze:

    Wiele osob gratuluje p. Kasi decyzji. Tylko ze ja, podobnie jak ASD, nie widze w tym poscie przemyslanej i wyrozumowanej deklaracji checi powrotu, a raczej odruch bezwarunkowy - jest problem (krucho z praca), uciekajmy “do domu”, czyli w miejsce ktore znamy (a raczej ktore kiedys znalismy), miejsce oswojone, pachnace nalesnikami i leniwymi pierogami ;-) Wyglada to na normalna reakcje na stres. Podejrzewam, ze podobnie byloby, gdyby autorka pochodzila np. z Wloszczowy i stracila wlasnie prace w Warszawie po w sumie krotkim pobycie tamze. Tez nagle znajome remizy i sklepy ogolnospozywcze “urbis Edgarum” wydalyby sie piekne, przyjazne i witajace wedrowca wracajacego z tulaczki z otwartymi ramionami :-)

    Jak mawial wieszcz: “Taki mamy lajf jaki sobie umiemiemy zrobic”. Obiektywnie mowiac, w kraju bardziej cywilizowanym, nie tylko w sensie ekonomicznym ale takze (a moze przede wszystkim) mentalnosciowym, czy ustrojowym, latwiej spelniac swoje marzenia. Ale oczywiscie marzenia sa rozne i jezeli p. Kasia wie lub przeczuwa, ze powrot do Polski to wlasnie ten brakujacy do szczescia element ukladanki, to oczywiscie powodzenia i trzymam kciuki!

  35. ania_odense pisze:

    do K. czy polska edukacja jest taka super i do tego rzetelna…nie powiedziałabym.
    I czy sklepy muszą być otwarte cala noc caly dzien i caly tydzien? Mnie sie dobrze zyje bez tego. Dla mnie niedzielne zakupy z rodzina to czysta hipokryzja.

    a ty Katarzyno… trzymaj się zarówno w kraju jak i zagranicą, gdzie ci lepiej.

  36. Katarzyna Jaklewicz pisze:

    do owczarka: Pieknie dziekuje za odzew i za dodanie otuchy. Tu czy w Warszawie bede dalej czytac.

    do Stefana i J: Rzeczywiscie, bardziej to byly saksy niz emigracja. Jak wszystko sie ulozylo pisalam wiecej na poczatku we wpisie Okrakiem na ruchomym plocie. Mialo byc 6 miesiecy, wysly ponad 4 lata. Wiekszosc tego czasu spedzilam wspaniale i przez 3 lata kierowania jedna z polinjnych sporo sie nauczylam. Nigdy jednak nie podjelam decyzji, ze zostaje na zawsze. Mozna wiec powidziec, ze z Wloszczowy wyjechalam na weekend do Warszawy, a zabawilam caly tydzien. I oczywiscie, wiem, ze w Warszawie wieksze sa niz w Wloszczowej mozliwosci znalezienia pracy, zrobienia kariery, ale do Wloszczowej chce wracac, co tam jest moje miejsce. Hmmm… Chyba znowu wyszlo mi za lzawo. Tak czy owak, wydaje mi sie, ze decyzja o powrocie wymaga raczej sily, a nie slabosci. Wiec nie jest to tak, ze w pracy cos nie wyszlo wiec we lzach wracam do domu. Nie! Pojsciem na latwizne byloby wlasnie znalezienie pracy w angielskim biurze, moze nawet awansowanie i znowu odkladanie decyzji.
    Nie mowie, ze Polska jest super. Lubie i Anglie i Londyn. Tak, bede tesknic. Gdybym miala inny zawod pewnie bym zostala, ale mam jaki mam. No i pracy tak czy inaczej musze szukac :). Czemu tym razem nie takiej jakiej chce i nie tam gdzie chce?

  37. ada pisze:

    Do Kropkacom, ani to stwierdzenie ani ja nie wrzuca nikogo do “sentymentalnego rodla”( cokolwiek to mialo znaczyc), raczej opisuje pewien stan duszy, pewne istnienie w polszpagacie miedzy zachodnia kultura (bardziej lub mniej przyswojona) a polska (bardziej lub mniej odzucona). Mam znakomity status w uk , praca, kasa, dom, niczym sie nie martwie , znajomi angielscy , bo od poczatku chcielismy sie zasymilowac, mili i lubiani przez nas …slowem sielanka , a tu po paru latach nagle zaczyna nas ciagnac do Polski …i nie potrafie tego wytlumaczyc…stad odwiedzam te blogi …ale tu wszyscy zdaja mi sie na poczatku drogi, ciekawe jak juz osiagniecie swoje wymarzone cele, staniecie na szczycie i zamiast satysfakcji poczujecie zal i tesknote…a moze nie, moze bedziecie szczesliwi, zycze Wam tego z calego serca.

  38. Luke pisze:

    ada dobrze napisała. tak to właśnie jest. pozdrawiam wszystkich.

    LK

  39. Stauffenberg pisze:

    Pani Katarzyno!
    Ostrzegam! Takiej pracy jaką Pani sobie wymarzyła, Pani nie znajdzie…Jeśli nawet bedzie praca to bez WIELKIEGO poparcia może Pani liczyć na nędzne grosze…Za to kilka razy przeczołgają Panią tak solidnie, że żyć się Pani odechce! W Polsce bowiem obecnie mobbing jest tak bardzo na porządku dziennym, ze nawet nie nazywa się mobbingiem tylko “złym humorem szefa”. Zetknie się pani ze złodziejstwem, zawiścią, chamstwem, niedwuznacznymi propozycjami (”a co to - ja nie wiem, jak w tej Anglli sobie pracę załatwiłaś?”), wychodkową polityką i absolutną bezradnością i tumiwisizmem. Gorąco nakłaniam do przemyslenia decyzji powrotu i wyjazdu z UK… wszedzie tylko nie do Polski!
    Nie do Polski z której ludzie zacznają uciekać nawet do Czech!!

  40. AMK pisze:

    Ehh Kaska, Kaska… a ja dalej uwazam, ze to jeszcze nie ten moment…

  41. Arkadius pisze:

    Do kraju? ? a czyż nie jest to miejsce w którym człowiek płaci swoje rachunki.
    czyż nie jest to miejsce gdzie przyjaciele żyją i gdzie zna się sąsiadów.

    Tu gdzie żyje podoba mi się, to międzynarodowe miasto. Każdy znajdzie w nim miejsce dla siebie i może żyć nie przeszkadzając nikomu.
    Jest tu dużo atrakcyjnych ofert kulturalnych z których można w pełni korzystać również wówczas kiedy nie ma się zbyt wiele kasy.
    Chętnie zostałem jednym z obywateli tego miasta. Żyję w tym mieście /mieszkam w mieszkaniu/. Tu słyszę wszelkie możliwe języki świata. Wielu ludzi tu przybywa, bo tu się daje dobrze żyć i zawsze cos interesującego się wydarza.

  42. Wojak_Szwejk pisze:

    Przeczytalem uwaznie post Kasi jak rowniez i wszystkie komentarze pod nim. W pierwszym momencie udezyl mnie fakt, ze wszyscy reprezentuja jeden i ten sam sposob widzenia swiata: albo Polska (ojczyzna) albo spowodowany przeslankami najczesciej ekonomicznymi (bo polityczne na szczescie nie wchodza juz w rachube) chwilowy ersatz: Wielka Brytania, Irlandia czy co tam jeszcze jest do wyboru. Po chwili uswiadomilem sobie, jak bardzo rozni sie juz moje podejscie do tego tematu od innych. Naleze do pokolenia emigracyjnego z 1981 roku, dla ktorego to podjecie decyzji o wyjezdzie podyktowane bylo mieszanka przeslanek ekonomicznych i politycznych, a po grudniu 1981 roku przewazaly juz te ostatnie. Zakotwiczylem sie w jednym z krajow ?starej Europy?, moje poczatki bardzo przypominaja to, co czytam teraz o losach Polakow na wyspach: prosta, slabo platna (jak na warunki miejscowe) praca na czarno, mieszkanie w tzw. zbiorowkach (tzn. w dwupokojowym mieszkaniu 6-8 osob). Nie bede zanudzal opisem moich losow w ciagu tych 26 lat poza krajem. Jedno co chce podkreslic i co jest powodem mojego wpisu tutaj, to calkiem inne widzenie otoczenia. Dla mnie ojczyzna pozostanie na zawsze Polska. Kraj, w ktorym sie urodzilem i wychowalem, ktorego jezyka uzywam do tej pory jako jezyka ojczystego, kraj, w ktorym chodzilem do szkoly, zdobywalem wyksztalcenie ? spedzilem mlodosc. Tyle, ze kraju mojej mlodosci juz nie ma.
    Dzisiaj natomiast moim otoczeniem jest cala Europa (lacznie z Polska dzisiejsza), dla mnie granice miedzy poszczegolnymi krajami praktycznie nie istnieja. Wynika to prawdopodobnie z charakteru pracy, jaka wykonuje. Pracuje w ramach unijnych projektow w calej Europie i nie ma znaczenia, czy to sa Niemcy, Grecja czy Lotwa. W prawdzie punktem odniesienia jest dla mnie jeszcze mieszkanie w kraju mojego ?zakotwiczenia? ale glownie tylko jako miejsce mojego pobytu miedzy kolejnymi projektami i adres na ktory przychodzi korespondencja.
    Zadaje sobie czesto pytanie: Kim wlasciwie jestem dzisiaj ? Polakiem, Europejczykiem czy moze jeszcze kims innym?
    Niepokoi mnie rowniez fakt, ze kiedy mysle o zakonczeniu kariery zawodowej, pojawia sie natychmiast w mojej wyobrazni obraz malej chatki gdzies pod lasem na jakies zagubionej polskiej wsi, z porannym pianiem kogutow i ptasim koncertem za oknem ….

  43. kropkacom pisze:

    ada pisze:
    >pewien stan duszy, pewne istnienie w polszpagacie miedzy zachodnia kultura >(bardziej lub mniej przyswojona) a polska (bardziej lub mniej odzucona).

    Ktoś kto od początku będzie stał w tym “polszpagacie” owszem ma szansę na że za kilka lat tęsknota stanie się nie do wytrzymania. I nie ma to nic wspólnego z pozycją materialną do jakiej się doszło lub dochodzi. To właśnie “stan duszy”. Jednak śmiem twierdzić ze nie dotyczy wszystkich (a może tylko mniejszości). Myślę ze za kilka lat okaże się ze tylko niewielu wróci z emigracji do Polski. Ludzie znajdują swoją nową ojczyznę, swoje miejsce na ziemi. Taki stan duszy tez się zdarza. Pozdrawiam.

  44. Magda Weiner pisze:

    Mnie się też nie wydaje, żeby w każdym przypadku emigranta ciągnęło do Polski, czy nazwiecie to sentymentalizmem czy jakoś inaczej. Mnie na przykład nie ciągnie. Ani trochę. Po ośmiu latach w Niemczech wiem, że to też nie jest “mój” kraj, niedługo stąd wyjeżdżamy, ale _nie_ do Polski. Za nic. Pierogi sobie umiem zrobić, a koperku nie znoszę; innych powodów powrotu nie widzę. Polecieć w odwiedziny można, ale u mnie kończy się to wpisami w rodzaju “Dwa obrazki”, nic dobrego. Bo ja taka wygodna jestem, lubię komfortowe życie. I absolutnie nie mówię w tej chwili o pieniądzach. A jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że możemy wybrać właściwie dowolny kraj do życia. Pewne jest tylko, że to nie będzie Polska.

    pozdrawiam
    magda

  45. ada pisze:

    Wlasnie o to chodzi , ze mnie to zaskoczylo, myslalam o sobie jako europejce, kiedy wyjezdzalam , od poczatku tez bylo wiadomo, ze jedziemy do czegos “lepszego” mielismy niezle kontrakty w kieszeni , pewne juz znajomosci , slowem miekkie ladowanie i dosc Polski z roznych powodow.
    Ale teraz po paru latach , kiedy pomyslelismy , ze juz “musimy” zostac tu w Anglii ( ze wzgledu na dzieci zaczynaja byc w wieku szkolnym, socjalizowac sie ze srodowiskiem , miec przyjaciol slowem zakorzeniac sie na dobre w Anglii) to wcale tego nie chcemy, nie umiemy odciac sie juz na zawsze od Polski …
    Moze tak jak piszesz Kropkacom to nie dotyczy wszystkich …ale nie poznalam nikogo , ze starszej emigracji , ktoryby nie marzyl o powrocie do kraju, ale ze wzgledu na dzieci, wnuki itp itd juz nie moze a po czesci troche i nie chce zostawiac bliskich.

  46. ada pisze:

    Do Wojak Szwejk polecam swietna ksiazke ” Traktat o luskaniu fasoli” Wieslawa Mysliwskiego , tam jest troche o takim powrocie jaki sie Tobie marzy , moze warto zaryzykowac …i wrocic.

  47. Ania pisze:

    Pani Katarzyno,

    Wyjechalam do Kanady 15 lat temu. Tluklo mnie przez lata, Polska jawila sie jak ze snow, piekna, wspaniala.. Przyjechalam kilka razy w odwiedziny, poplakalam sie, pogruchalam z kolezankami i to by bylo na tyle. Nie ma po co wracac, tam jest nienornalnie!

  48. bigapple1 pisze:

    a mnie sie wydaje, ze nasze pokolenie, ktore ma paszport, powzwalajacy przemieszczac sie po calej europie jak po wlasnym podworku, nie wie dokladnie, co to jest taka emigracja, jaka znaly inne generacje polskiego wychodzctwa - taka podroz w jedna strone, ze wzgledow politycznych lub ekonomicznych decyzja nie do odkrecenia. jak mysle ‘emigracja’ - przychodza mi na mysl ci, co wyjezdzali z polski w latach 80. bez szansy na powrot, albo ci, co ladowali na ellis island bez grosza w kieszeni i z perspektywa, ze prawdopodobnie spedza reszte zycia kilka mil od miejsca, gdzie zeszli na lad. my mamy otwarte drzwi i - mam nadzieje - otwarte glowy,co sprawia, ze te wyjazdy i powroty nigdy nie musza byc ostatnimi.
    cokolwiek sie zdazry, zycze powodzenia!

  49. shilla01 pisze:

    My jestesmy w Londynie od ponad roku. Wracamy do Polski prawdopodobnie we wrześniu - najpóxniej w październiku. Nie planowałam takiej daty , decyzję podjęliśmy nagle i już jej nie potrafimy zmienić. Nie mogę doczekać się powrotu, tęsknie bardzo i strasznie się męcze. Mam gdzieś tą całą kase , która się tu niby zarabia. Nie potrzebuję jej. NIe chcę widywać rodziców, brata czy chrześniaka przez pare dni w roku. Chcę móc zabrać chrześniaka na lody zawsze wtedy , kiedy będe tego chciała. Pograć z nim w piłkę , pouczyć się znowu geografii. Chcę móc wziąć mamę za rękę i iść z nią na spacer częściej niż raz w roku. Chcę by moje dziecko miało dziadków. A moi rodzice - wnuka. Just it.

  50. Pan Lulek pisze:

    Katarzyno,trzymaj sie. Mnie sie to nie udalo. Po kilku latach bylo juz zbyt pozno. Ani ja nie rozumiem ludzi w Polsce ani oni mnie. Kilka razy przenosilem sie do roznych krajow. Za kazdym razem mimo woli mowilem u nas majac na mysli poprzedni kraj albo land w jakims kraju. Byc moze zdenerwujesz sie i znowu uciekniesz przed soba calkiem gdzies indziej. Po pewnym czasie bedzie Ci jednak wszystko jedno gdzie jestes i bedziesz sie dziwila ludziom pytajacym skad przybywasz. Od kilku lat odpowiadam na pytanie o narodowosc, ze jestem Europejczykiem, dalej jak ktos jest natretny urodzonym w Warszawie. Jesli jednak bedziesz w Warszawie zafunduj sobie dlugi spacer od Alej Jerozolimskich do Zamku Krolewskiego.
    Uszy do gory
    Pan Lulek

  51. dan pisze:

    nie przeczytałem tych 49 kommentów i być może sie powtórze… podziwiam ze 4 lata pobyłaś tam - ja sobie nie wyobrażam żebym wyjechał na dłużej niż rok - lubie zagranice, ale nie ma to jak w domu - nawet jeśli Warszawie sporo jeszcze brakuje. Zresztą powoli wiele się zmienia. Sama zapewne zobaczysz.
    Co do szukania pracy to trzymam kciuki mocno i zycze powodzenia - myśle ze to nie bedzie aż taki problem.

  52. kangur pisze:

    Pani Kasiu,
    Jest Pani silna osoba i musi Pani z tego byc dumna, bo podjela Pani decyzje powrotu, bo ja po 35 latach pobytu zagranica latwo zgadnac gdzie, powinienem to zrobic po obaleniu totalitarnej wladzy w Polsce, ale zabraklo mnie odwagi to zrobic, pomimo to rozpatruje moj powrot teraz, o tym co jest normalne a nie normalne w Polsce mowia tylko ludzie ktorzy nie znaja zagranicy, jezeli powiem ze mnie sie udalo finansowo, to prawda, ale prawda jest taka ze do tego doszedlem ciezka praca, a nie dlatego ze mieszkalem zagranica, a zatem gdybym wrocil to smiem stwierdzic wiecej bym przebywal jako turystal w innych krajach.
    A teraz wiele lat temu mialem interview o prace, w ankiecie wypelnilem rok urodzenia, a kiedy mnie spytano ile mam lat powiedzialem ze 39, a on popatrzyl na mnie dosyc dlugo i powiadzial ze mam juz 40 lat? odpowiedzialem so what?pracy niedostalem bo zastary?
    wtedy zmuszony zostalem kupic prace bardzo duzym kosztem finansowym i praca 80 godzin tygodniowo? wiele wiele lat.
    Obecnie finansowo jestem w doskonalej pozycji, ale tego serka i nalesnikow zawsze mnie brakuje!
    Australia nie jest taka laskawa jak to pisze STAUFFENBERG? POMIMO ZE TUTAJ WSZYSCY SA EMIGRANTAMY za wyjatkiem Aborigenow.
    Do zobaczenia w Warszawie

  53. Katarzyna Jaklewicz pisze:

    do bigapple 1: Rzeczywiscie, masz racje, zadna emigracja / wyjazd nie musi byc ostatni. Bylam juz w Anglii, Australii, Stanach - wszedzie po pare miesiecy. Z kazdego miejsca wracalam, choc wielu zostawalo i wielu namawialo mnie abym zostala. Teraz znow wracam, ale nie znaczy to przeciez, ze lancuchem przykuje sie do Karalucha i Zamku Krolewskiego. Wiem, ze teraz musze to zrobic. Co bedzie dalej - zobaczymy. Zainteresowanych bede informowac na biezaco. :)
    Pozdrawiam wszystkich, ktorzy odpowiedzieli na moja prosbe o rade!

  54. anda pisze:

    Pani Kasiu, Z podobnych przyczyn wrocilam do Polski, gdyz moim nadrzedziem pracy jest jezyk polski. Jestem w Warszawie od dwoch miesiecy i jeszcze nie znalazlam pracy. Mimo studiow skonczonych rowniez w POlsce, jestem dla pracodawcow zbyt angielska, zbyt europejska…

    Wszyscy jednak podkreslaja tutaj, ze jest duzo pracy a i pensje sa niby o niebo wyzsze niz te na Zachodzie. Nie jest to prawda!!! Ceny nieruchimosci sa potworne, place za mieszkanie tyle samo co w np. w Paryzu, chociaz co, jest prawda, mieszkanie jest dwa razy wieksze. Jesli jeszcze zostane tu dluzej to juz wiem, ze jako singielka nie poradze sobie sama tutaj z kredytem, a na wakacje bede jezdzila chyba tylko wtedy kiedy bede odwiedzala znajomych w Europie. Miloby bylo spotkac kiedys Pania w jakims gronie ‘kosmopolakow’. Pozdrawiam serdecznie i biegne wysylac aplikacje…..
    Anda

  55. Katarzyna Jaklewicz pisze:

    Pani Ando (czy nick z Godziny Pasowej Rozy?) trzymam kciuki i mam nadzieje, ze jednak sie uda. Mam paru znajomych, ktorym jednak sie udalo. I to singli! Czy jest Pani w Warszawie? Z tymi kosmopolakami to moze dobry pomysl. Moze warto jakis klub zalozyc? :) Gdyby chciala sie Pani skontaktowac poza blogiem podaje maila: kjaklewicz@poczta.onet.pl
    Pozdrawiam

  56. Lydiasanojar.de pisze:

    Zycze powodzenia w kraju albo zagranice, jesli Pani zmieni zdanie. Z zainteresowaniem przeczytam ciag dalszy.
    Lydia

  57. Michał pisze:

    Życzę wszystkiego najlepszego,
    chociaż tak egoistycznie to wielka szkoda, że wyjeżdżasz :)

    Myślę, że żyjemy już w czasach, gdy nie trzeba podejmować decyzji “na całe życie?. Tanie linie latają, bagaż też można tak czy inaczej przewieźć. Jeśli chcesz wrócić to wracaj - lepiej żałować podjętych decyzji niż później żałować, że się ich nie podjęło. Gdy po jakimś czasie okaże się, że te pomidory nie są aż takie soczyste a ta przysłowiowa trawa nie do końca jest taka zielona to kupuj bilet i goń na Etiudę. Zgadzam się z tymi, którzy pisali, że dziś bardziej mieszkamy w Europie niż w Polsce czy Wielkiej Brytanii.

    Warto tez chyba zadać sobie pytanie czego nam tak naprawdę z tego kraju brakuje? Dla mnie to przyjaciele, Tatry, Karkonosze i pewnie Mazury. Do przyjaciół latam a oni odwiedzaja nas, w Tatry czy na Mazury mam nie dużo dłuższą drogę niż z drugiego końca Polski (chyba tylko rydzy na masełku z Krupówek brak). Najlepiej mieć ciastko i zjeść ciastko :)

    Pozdrawiam serdecznie
    M

  58. Nick pisze:

    Hmm pewnie juz mojego komentarza nikt nie przeczyta bo jest ich ponad 50…:)

    Ja tez wracam. Po 5 latach we Wloszech postanowilem ze nadszedl czas na zakup biletu w jedna strone. Czuje juz dreszcz emocji, nie wiem co bedzie, mam troche planow i cala mase marzen…

    Tak naprawde przez 5 lat sie dobrze za granica nie czulem. Od poczatku mi brakowalo tej “rownosci” z innymi, czuje sie nawet dzisiaj uposledzony tym, ze nie potrafie dokladnie sie wyslowic. Tych subtelnosci, tego co sie da wyczytac w spojrzeniu, w intonacji… A od tego tak naprawde zalezy cala masa rzeczy…

    Chcialbym wrocic bo mysle ze jeszcze nie za pozno (mam 28 lat) by zaczac na nowo niektore sprawy…. Nie dla bialego sera, czy pierogow, tutejsze jedzenie jest o wiele lepsze… Do marzen, ktore zagubilem po drodze… Moze i te marzenia bede o jakims dalekim wyjezdzie, ale beda bardziej smakowaly niz te rzymskie.

    Do tego ze “ti amo” nie znaczy to samo co “kocham Cie”……..

  59. halny pisze:

    Świetny blog Kaśka!
    Gratulacje!
    Jako zatwardziały obieżyświat przedeptałem już takie kraje jak: USA, Kanada, Anglia. A teraz z uporem maniaka wdeptuję w ziemię śniegi dalekiej północy.
    Ale, w przeciwieństwie do Ciebie, ja jestem twardziel. Za każdym powrotem do ukochanej Polski muszę podejmowac życie na nowo. Poprzednie gdzieś się zawsze zagubi. A mimo to zawsze tryskam optymizmem i … robię swoje. A robię tak bo na tym polega ŻYCIE.

  60. Marcin, Stoke-On-Trent pisze:

    …a ja jestem bardzo zaciekawiony jak sie to wszystko dalej potoczy.

  61. shaft pisze:

    Jesli po kilku latach pracy w swym zawodzie w Londynie Pani Kasia stwierdza, ze moze pracowac tylko w jezyku polskim, to wyglada na to, ze tak naprawde nigdy z Polski nie wyjechala - znalazla sobie te Polske i za granica.
    Moze w koncu czas na emigracje?
    Pozdrawiam!

  62. qurquq pisze:

    Cóż, każdy ma swój świat, swoją wizję Polski wynikającą z wychowania, wykształcenia, doświadczenia. Trudno cokolwiek radzić.
    Pamiętam, jak przed laty zarabiając duże (wówczas!) pieniądze, nad ciepłym morzem, miałem wyrzuty sumienia że tam siedzę, podczas gdy w Polsce mógłbym coś pożytecznego dla niej zrobić.
    Po 93, będąc za południową miedzą, czułem się nieswojo, że nie biorę udziału w tym co się w Polsce dzieje.
    Od kilku lat jestem na emeryturze. Od prawie dwóch lat jestem, z rodzinnych powodów, w Polsce.
    Gdy tylko będzie to możliwe wrócę do Czech. Nie mam tam nikogo, jest to dość obcy ale NORMALNY kraj. Po prostu z obecną Polską (tzw. IV RP) nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego.
    To, że może kiedyś i tu będzie normalnie to już nie moja perspektywa…

  63. Una... pisze:

    Piekny wpis!
    I wlasciwie…to jeszcze spodziewam sie …”rozwiniecia” tematu…
    4-ry lata…
    Ciezko, ale mozliwe…
    Pomysl, ze duuuzo ciezej po…10 np.

    POWODZENIA! Una…

  64. Katarzyna Jaklewicz pisze:

    do shafta: moze rzeczywicie czas na emigracje, ale tym razem w drugim kierunku :) O tym czy Polski za granica szukalam czy nie juz pisalam wiec jesli jest Pan (Pani?) ciekaw, odsylam do poprzednich wpisow na ten temat: “Okrakiem na ruchomym płocie” i “Przeklęty język polski”. Mam nazieje, ze choc troche udaje mi sie w nich wyjaśnić.

    Una i Marcin: Zapewniam, ze ciag dalszy nastąpi. Jest mala przerwa w blogowaniu z oczywistych powodow - powoli zaczynam sobie ten powrot organizowac. Bede na biezaco donosić, co się będzie dzialo.Trzymajcie kciuki!

  65. Anna Stanglewicz pisze:

    Droga Kasiu,

    Trzymam kciuki za udany powrot do Polski i gratuluje decyzji. Bede z zainteresowaniem sledzic Twoje dalsze losy.

    BTW, dziekuje jeszcze raz za te 2 godziny, 7 min i 34 sek rozmowy - mam nadzieje ze chrypka juz przeszla.

    Pozdrawiam,

    Ania

  66. Olek51 pisze:

    Do qurquqa:
    W Czechach przepracowałem dobrych kilka lat i coraz bardziej łapię się na tym, że brakuje mi tych knajp, w których jesteś pewny, że obcego przyjmą z zaciekawieniem (odkud jste pane?), a zawirowania polityczne nie wywołują trzęsienia ziemi i transformacja ustrojowa przeszła im przy minimalnych kosztach własnych i mieli prezydenta, który za każdym razem potrafił pójść ze Stonesami. Tam jest po prostu europejsko i normalnie, u nas nie. Pozdrowienia.
    PS. mój kolega, inżynier, który miał w Kanadzie dobrą pracę i dom wrócił do Kraju z podobnych pobudek jak Ty gdzieś na początku lat 90. Teraz jest głównie bezrobotnym i raczej nie daje sobie rady.

  67. shaft pisze:

    Czytalem, czytalem.. Sam jestem w Irlandii od dwoch lat. Znalem angielski przyjezdzajac tutaj, pracuje po angielsku, itd., niemniej ow angielski, choc bardzo sprawny, nie jest tak dobry, jak mial byc po dwoch latach.
    W obu naszych przypadkach przyczyna jest taka sama i nader prozaiczna: lenistwo umyslowe.
    Jezyk, wbrew temu, co niektorzy sadza, sam nie wchodzi do glowy. Trzeba sie go aktywnie uczyc. Czytac, pisac, szukac z nim kontaktu, notowac, pytac, sprawdzac w slowniku. Prosze wybaczyc, ale sytuacja, ktora Pani opisuje, mozna opisac jednoznacznie: niedostateczne kwalifikacje do pracy w zawodzie.
    W jednym z postow pisala Pani, ze znajomi sugerowali studia, ale z dwoma fakultetami “juz sie nie chcialo”; ze za pozno na bieglosc, jaka daje wychowanie w danym jezyku. Hmm.. Joseph Conrad mial bodaj 21 lat, gdy stanal na brytyjskiej ziemi, jezyk znal slabo (duzo lepiej francuski). Wiec chyba mozna?..

    Prosze wybaczyc ton, ale w takim samym stopniu strofuje Pania, jak i siebie - a takze pol miliona rodakow na Wyspach, ktorzy kazdego dnia marnuja okazje, by nabyc bieglosci w lokalnym narzeczu :)

  68. magda m pisze:

    miasto,gdy kocha sie w nim chocby jedna osoba -staje sie ono calym swiatem…najwazniejsze to byc szczesliwym…a poza tym jaki tam znowu szok kulturowy; mieszkalam i pracowalam w stolicy -niczym sie nie rozni od Londynu - jest nawet bardzije fashionable , trendy i bardzijej..normalna…jestem w londynie..gdyby nie moja milosc, ktora tu znalazlam - juz dawno bylabym w Polsce..nie czuje sie tu dobrze, czuje sie jak akien..mentalnie, obyczajowo po prostu Anglia mi nie pasuje. Do londynu jest fajnie wpasc na chwile, ale nie wyobrazam sobie tu dalszej egzystnecji…kazdy ma prawo mieszkac gdzie chce i tyle opinii, ilu ludzi na tym ziemskim padole…najwaznijesze to znalezc ten “swoj kawalek podlogi”…

Dodaj komentarz